Spędziłam dzisiaj chyba z godzinę, pisząc w różnych zakątkach sieci, że mężczyźni nie są tak źli i tak uprzywilejowani, jak się osobom z moich sekspozytywnych kręgów wydaje. Doszłam finalnie do wniosku, że jestem złą feministką. Powinnam podchodzić do sprawy ideologicznie, a ja staram się weryfikować różne przekonania.

Część moich dyskusji można znaleźć na blogu Miski Dwie, który skądinąd bardzo lubię – tu jednak w ogóle nie zgodziłam się z jedną z autorek, bo napisała, że #MenAreTrash, a ja jestem przeciwniczką seksizmu w którąkolwiek stronę.

Inna dyskusja miała miejsce prywatnie i nie trwała zbyt długo, ale zahaczyła o branżę usług seksualnych, więc stwierdziłam, że przybliżę moje obserwacje.

Chodziło o to, że podobno mężczyznom kupowanie seksu uchodzi na sucho. Że jest społecznie akceptowalne, a całe odium spada na nas, pracownice i pracowników.

Gdyby jednak tak istotnie było, to…

Mężczyznom nie zależałoby na dyskrecji. Dyskrecja dotyczy nie tylko żon, ale i współpracowników oraz znajomych. Nie raz i nie dwa były problemy ze zorganizowaniem spotkania, bo na przykład współpracownicy zatrzymali się w tym samym hotelu, co mój klient. Ileś razy miałam udawać koleżankę, a rozliczenia miały miejsce na osobności lub w samotności. I bynajmniej nie chodziło o mój komfort.

Mężczyźni rzadziej żyliby w celibacie. Nie tylko nie byłoby problemu inceli (mężczyźni z tych środowisk w ogóle nie chcą kupować seksu, wolą frustrację seksualną), ale także wielu mężczyzn szybciej nabywałoby pierwsze doświadczenia seksualne. Nie słyszałabym też tylu skrępowanych ludzi, co to by chcieli, ale w sumie są niepewni, nieśmiali, czasem rezygnują… zastrzegają, że to pierwszy raz…

Różni ludzie nie odpowiadaliby mi z oburzeniem pomieszanym z dumą, że oni za seks płacić nie muszą. W ich świecie za seks płacą wyłącznie nieudacznicy, którzy nie mogą znaleźć sobie dziewczyny, która chciałaby ich za darmo. Wiele kobiet też tak myśli o klientach.

A, właśnie. Kobiety bardzo chętnie stygmatyzują klientów. Coraz chętniej, niestety. Do tego stopnia ich stygmatyzują, że zmieniają prawo i w kolejnych „cywilizowanych” krajach wprowadzają model szwedzki, który tych klientów karze wysokimi grzywnami. Kryminalizowanie czegoś dużo mówi o postawie społecznej, zresztą kobiety to też społeczeństwo. Nie raz i nie dwa widziałam teksty, że wobec pracownic seksualnych ktoś tam nic nie ma, ale… i tu następowały obrzydliwe wyzwiska pod adresem osób kupujących seks.

I jeszcze, gdyby kupowanie seksu było ok, to nie używano by słów „dziwkarz” i „kurwiarz”.

Mnie stygmatyzacja klientów zawsze wkurza – bardzo lubię mężczyzn, z którymi się spotykam. I innych, o których wiem, że kupują seks.

A właśnie. Mało kto wie, że jego znajomi (i niekiedy znajome) kupują seks. O tym się najczęściej nie mówi.

1