Boję się patrzeć, kiedy ostatnio tu pisałam. Nie miałam weny, za to miałam krótki epizod depresyjny – mniej więcej 3 tygodnie płaczu przy byle okazji, oglądania Netflixa, chudnięcia na potęgę (to akurat pozytyw) z niejedzenia (to już nie), skrajnie zaburzonego rytmu dobowego i nieskończone myśli o śmierci, bo do czego ja się właściwie nadaję, ale wait, mam kochających mnie ludzi, to może dla nich jakoś…

Na szczęście zostało to wyłapane na tyle szybko, że nic poważnego nie zawaliłam. Obecnie łykam podwójną dawkę SSRI i już jest OK. Wychodzę z domu, podjęłam z powrotem działania zawodowe i mam pomysły na przyszłość. To jeszcze nie jest remisja, ale już jest dobrze.

Własna firma (albo praca seksualna) = większa elastyczność i możliwość dostosowania życia zawodowego do aktualnego stanu zdrowia. Ja mam tak, że czasami potrafię pracować 12 godzin bez większych przerw, bo w coś się wkręciłam, a czasami nie mam siły obejrzeć serialu i tylko głaszczę kota i chlipię w poduszkę. To znaczy najpierw chlipię, a potem już jestem zbyt zajęta głaskaniem kota, żeby chlipać.

Jeszcze muszę odpisać na zaległe maile i będzie dobrze.

Przez cały ten czas chodziłam na terapię krótkoterminową, właśnie ją kończę. Większość spotkań (pomijając początkowe) to był totalny impas: niejasne cele, płytka współpraca. Za dużo się tego ponawarstwiało, a ja mam problemy z ufaniem ludziom i długo buduję relację terapeutyczną. Głównie rozmawiałyśmy z terapeutką o mojej tożsamości: kim jestem i co mam robić w życiu.

Po czym pojechałam sobie ot tak sobie na premierę zina „Save us from saviours” i tam wreszcie poczułam się na swoim miejscu. Ogromna w tym zasługa dwóch osób z Sex Work Polska: jedna mówiła w panelu, a druga zaprosiła mnie do siebie i pogadałyśmy od serca. Coś mi zaskoczyło.

Nazajutrz (czyli wczoraj) była przedostatnia sesja terapeutyczna z przysługującego mi pakietu. Jeszcze po drodze w tramwaju intensywnie czatowałam na Instagramie. I to nie jest tak, że nagle mam jasność co do wszystkiego w życiu, ale wyznaczyłam sobie główną wartość, czyli kierowanie się intuicją, a potem te kilka malutkich kroczków, które zarysowały mi się przez ostatnie dni w wyniku słuchania siebie, słuchania ludzi odpowiadających na to, co im otwarcie mówię, i reagowania na sygnały z rzeczywistości wokół mnie.

Nie jest to ścieżka poukładanej businesswoman, która realizuje cele wyznaczone na 12 miesięcy do przodu, ale sprawdza się u mnie. To jest znacznie ważniejsze niż mieć rozpisane cele, które potem wiszą na człowieku i upominają się o siebie, mimo że już dawno przestały być żywe, bo świat zmienia się w zawrotnym tempie.

Sygnały z rzeczywistości dalej napływają. Coś mi mówi, że muszę szybko wychodzić z depresji, bo będę zaraz żonglować projektami dla trzech różnych grup osób.

Zgłosiłam się też na #ILWro, czyli tegoroczną edycję wydarzenia, na którym byłam rok temu w Poznaniu: Influencer LIVE. Mam nadzieję, że się dostanę, bo nagle zaczęło mi na tym potwornie zależeć. Wiecie – ja mam tendencję do zaorywania wszystkiego i zaczynania od zera. Zawsze osiągam w tym sukces, ale w tym roku kończę strasznie dużo lat i chciałabym móc bazować na tym, co zdobyłam do tej pory.

Pech chce, że jest to bycie jedną z bardziej znanych seksworkerek w kraju, a nie np. dentystą. I jak już pisałam na Insta Stories (gdzie znowu jestem bardzo aktywna), odcinanie się od tego to odcinanie się od mojej mocy. Przykładowo mój oficjalny Instagram firmowy jest tego, niereprezentatywny. Traktuję go po macoszemu, jak przykry obowiązek. A sekspercko-seksworkerski – działa i wygląda bardzo spoko, przebywam tam po dwie godziny dziennie i ostatnio ustawiłam sobie powiadomienie, żeby nie siedzieć dłużej (!). I teraz pytanie: który z nich dowodzi moich umiejętności autopromocji w SM i pokazuje mnie jako profesjonalistkę? Ten zaniedbany, czy ten, który uwielbiam?

(Swoją drogą, zostałam jedną z bardziej znanych seksworkerek w Polsce, BO znam się na marketingu).

Niedawno mówiłam mojej klientce, że koniecznie musi działać w zgodzie ze sobą, nawet jeśli obiektywnie nie jest to najrozsądniejsze (bo np. coś innego „sprzedaje się lepiej”). Klientka jest twórczynią, tak samo jak ja. I tak samo jak ja, umiera wewnętrznie, jeśli jest zmuszona tworzyć w cudzym stylu. U mnie takim cudzym stylem jest bycie chłodną profesjonalistką. To nawet widać w moim pisaniu. Piszę zajebiście, jeśli tworzę od serca i prostym językiem (i gdy nie cenzuruję słów takich jak „zajebiście”). Po prostu wypluwam z siebie gotowy tekst, który jest dobry (choć może czasem wymagać korekty). Ale jeśli silę się na fachowy żargon czy klasyczny marketing, to i ja się męczę, i odbiorcy też, a w dodatku zaczynam robić rażące błędy stylistyczne.

O działaniu w zgodzie ze sobą i o kobiecej mocy mówi także wylosowana przeze mnie wczoraj karta Tarota. Pardon, wylosowałam inne karty. Ta wybrała się sama: wypadła z talii podczas losowania. Te inne karty mówią o słuchaniu się intuicji, o transformacji starego w nowe i o tym, że właśnie znalazłam przepis na sukces i dobrobyt, więc żeby przyjmować dary od Wszechświata z wdzięcznością. Lubię moje karty.

PS. Z okazji Dnia Chłopaka, poza tradycyjnymi życzeniami wszystkiego najlepszego. Panowie, TAK, jest absolutnie OK, jeśli masturbujecie się codziennie. Nie OK jest, gdy masturbacja odrywa Was od ważnych spraw (jak praca), gdy jest jedynym hobby, albo kiedy odczuwalnie zaniedbujecie partnerkę/partnera, bo wolicie seks solo. Jeśli jesteście młodymi singlami, którzy lubią robić to trzy razy dziennie – go for it! Takie po prostu są Wasze potrzeby i nie ma co ich tłumić.

(Zapytało mnie o to ostatnio bardzo dużo mężczyzn, więc pomyślałam, że Wam to napiszę otwarcie).

PS2. Wracam do prac nad książką.