Koniec roku już jutro, a ja od prawieków nic nie pisałam. Powód: zapracowanie i brak inspiracji. Ale to jeszcze nie oznacza końca bloga, więc zostańcie ze mną.

Dziś na warsztat biorę temat bardzo na czasie, bo związany z podsumowaniem minionej dekady. Nieczęsto o tym pamiętam, ale o zatrudnieniu się w agencji pierwszy raz myślałam serio w styczniu 2010 roku. Byłam w najlepszym możliwym wieku i superzgrabna, więc teoretycznie mogłam zarobić dużo. Ale miałam zerowe doświadczenie z mężczyznami, zerowe pojęcie o pracy seksualnej i do tego hysia na punkcie reputacji na uniwersytecie. Odrzuciłam pomysł i na śmierć o tym zapomniałam. Wspomnienie wróciło, gdy myślałam, gdzie byłam w swoim życiu 10 lat temu. Co mnie zainspirowało do takiego pomysłu, poza zakończeniem pracy w pewnej firmie – nie mam pojęcia, zatarło się.

Minęło 10 lat, w trakcie których robiłam wiele rzeczy, w tym popracowałam sobie seksualnie tu i ówdzie, a doświadczenia przeniosłam do innej branży.

Co się zmieniło? O klienta trzeba zabiegać znacznie intensywniej, żeby wyjść na swoje. To dla mnie absolutna nowość: kiedyś wystarczyło parę sprytnych ogłoszeń, strona WWW, wiedza z zakresu pozycjonowania… i telefon dzwonił, a portfel pęczniał. Teraz trzeba się napracować, co jest swoją drogą nie do ogarnięcia dla kilkorga z moich etatowych znajomych. Bo jak to: pracuję, a pieniędzy nie mam?

Druga wielka zmiana: papierkologia. Na szczęście to po prostu deleguję. Mam prawnika i księgową. Wystarczy coś tam wysłać, podpisać, zeskanować. A, no i trzeba pamiętać o podatkach. Podatki to moja słaba strona, dla mnie wciąż w pierwszym odruchu brutto = netto.

Natomiast wiele rzeczy opanowanych w usługach seksualnych przydaje się do tej pory.

Przede wszystkim: profesjonalna obsługa klienta. Na etacie mało się tym zajmowałam, niecały rok. Jeśli był jakiś problem do rozwiązania, to wołałam menedżerkę. Praca seksualna to ostra dla odmiany ostra, w pełni samodzielna harówka, gdzie dodatkowo bardzo wyraźnie widać, czy udało się klienta pozyskać, czy może raczej się zraził i zrezygnował ze spotkania. Zauważyłam też, że przy dłuższej współpracy sporo niedoświadczonych soloprenerów ma problem pt. „no niby źle mi się działa z tym klientem, był agresywny, ale przecież nie zrezygnuję z jego pieniędzy”. U mnie to była kwestia tak paląca, że nie widzę problemu z „sorry, ale nie”. Za jakiś czas włączam sprzedaż B2C (konkretnie: w marcu) i przyda mi się także umiejętność rozwiązywania problemów pt. klient niezadowolony.

Liczącą się też umiejętnością, której niektórym brakuje, jest pamiętanie o zadowoleniu klienta. Nie wszystko, co fajne wg mnie, znajdzie zainteresowanie. Ogarnęłam, że niewypały się zdarzają i że to nie jest koniec świata.

Kolejne ważne umiejętności: budowanie persony klienta i kreowanie marki. WIEM, jak to się robi. Miałam problem z wyczuciem person, z którymi będę rezonować (tego się nie da zrobić na sucho, a branża jest dla mnie totalnie nowa), ale to już przeszłość. Teraz wiem, do kogo kieruję przekaz i skupiam się na marce.

Potrafię także sporządzić plan biznesowy uwzględniający budżet i, co bardzo ważne, nie przeszacowuję zysków nie doszacowując przy tym kosztów. Mam wciąż tendencje do hurraentuzjazmu, ale są oganiczone – po zrobieniu pierwszego szkicu w Excelu badam rynek, porównuję stawki, sprawdzam koszty poszczególnych inwestycji. I tnę. W efekcie cieszę się mniej, ale raczej nie przeinwestowywuję, więc summa summarum wychodzi lepiej, niż gdybym się zajarała pomysłem, władowała w niego kasę, a następnie zdziwiła się, że cyferki się nie zgadzają. W razie wątpliwości (czyt. dużych kwot) konsultuję pomysł z mentorem. Na razie robię błędy, ale na etapie początków planowania, więc jest lepiej niż w firmach, dla których pracowałam. I które upadły. Z jednym wyjątkiem, który psuje mi statystykę.

Co jeszcze dała mi praca seksualna to czas na rozwój. Dużo czasu na zgłębianie realiów przedsiębiorczości i naukę od liderów branży. Książki, kursy, obserwacje… testowanie wcześniejszych pomysłów. No i rozmowy z moimi klientami – praktykami biznesu, wywodzącymi się różnych branż i mających różne specjalizacje. Wyobraźcie sobie, że macie konsultację z ekspertem od zarządzania, który jest zachwycony mogąc podzielić się z Wami swoją wiedzą i jeszcze to on Wam za to płaci! I takich rozmów miałam dziesiątki, jeśli nie setki. Na studiach rozmowy z praktykami były absolutnie największą gratką i było ich mało. Absolutnie nie uważam, żebym zmarnowała te kilka lat. Powiedzmy, że to był taki biznesowy gap year. Czas przesiąkania przedsiębiorczością.

Efekt jest taki, że mój biznesowy mentor teraz raczej mnie asekuruje, a te kilka lat temu prowadził za rączkę (dodajmy, że escorting uważam za taką biznesową podstawówkę, przez którą można przejść na szczęściu bądź ściągach). Trochę mi z tym było dziwnie przez jakiś czas, w sumie nadal jest, ale świat się nie zawalił.