Moje odkrycie, że podobają mi się – jak się później okazało, również – kobiety przypadło na rok kampanii „Niech nas zobaczą”.  Przez wiele lat obserwowałam, jak emancypują się osoby LGBT+ w Polsce i na świecie, jak odzyskują prawa w oczach społeczeństwa, jak zmieniają skostniałą naukę.

Mechanizm był prosty, choć wymagał ogromnej odwagi i siły przebicia. Jak najwięcej jak najgłośniejszych coming-outów (oczywiście najpierw outowały się osoby niemające nic do stracenia, anonimowe – przecierały szlaki) i walka z dezinformacją obecną w „naukowych” publikacjach.

Nie wiem, czy Lew-Starowicz przepraszałby głośno i osobiście za elektrowstrząsy, gdyby tyle bohaterskich osób LGBT+ nie powiedziało „to brednie, nie jesteśmy chorzy” i nie zmieniłoby wiedzy naukowców o tym niedostępnym kiedyś, zamkniętym świecie, doprowadzając do wykreślenia homoseksualności z listy zaburzeń i pośrednio także transpłciowości (jest w ICD-11, ale nie jest zaburzeniem).

W tym wypadku „nauka” to były bzdury. Stereotypy. Krzywdzące stwierdzenia. A społeczeństwo nawoływało do „robienia tego w domu po kryjomu” i uważało to za szczyt tolerancji. Bo w sumie to akceptują tego geja, tylko niech się nie obnosi, niech wygląda zawsze na heteryka. Najlepiej to niech ma żonę.

Osobom LGBT+ na potęgę dorabiano zaburzenia psychiczne – pamiętam te czasy – i dopiero niedawno w Polsce przebiła się koncepcja „stresu mniejszościowego” jako czegoś, co wiedziałam od dawna: że największą krzywdę robi nam, osobom nieheteronormatywnym, dyskryminacja.

Dziś się wkurwiłam. Jest sobie taka dyskusja, lepiej jej nie czytajcie:

W tej dyskusji zebrało się dzikie stado wyedukowanych ludzi, sądząc po języku – doktoraty – i napieprzali intelektualnie o tym, jaka to praca seksualna jest zła. Niektórych wątków nie dałam rady czytać, bo ich nie rozumiałam. Mogłabym zrozumieć z Wikipedią i Googlem, ale pomieszanie teorii badań socjologicznych z politologią to naprawdę nie jest moja bajka. Ja się znam na seksie. Wyjaśnię, co to jest zespół Koro i dyspareunia. Ale to…

A skoro nie dałam rady czytać niektórych wątków – na przykład wymysłów Kuczyńskiej – to nie byłam w stanie zabrać głosu. Nie na poziomie, który oni uznają.

Zresztą, orężem intelektualistów nie był tylko zawiły język, pełen terminologii polsko-angielskiej. To było także powoływania się na badania naukowe. A ja nie mam badań naukowych, bo mnie nie interesują programowo. Mnie interesują żywi ludzie i realne doświadczenia seksworkerek. A znam ich przecież od cholery i trochę, z różnych sektorów, z przeciętną agencją włącznie.

I wiecie co… ta strategia, która zadziałała x lat temu w przypadku osób LGBT i którą zarejestrowałam jako skuteczną… teraz to są dowody anegdotyczne. Historyjki opowiadane przez osoby uprzywilejowane. Nieważne, że nie umiesz rozmawiać z tymi ludźmi ich językiem, bo masz ewidentnie mniejszy kapitał kulturowy. Ważne, że masz dostęp do fejsa i możesz opisać swoje doświadczenia, i piszesz, że to nie jest przemoc, wyzysk i przetrzymywanie siłą. Czyli jesteś uprzywilejowaną przedstawicielką klasy średniej, wyjątkiem, który sprzedaje usługi seksualne z pasji. Nieważne, że nas jest mnóstwo. Wciąż jesteśmy kilkoma wyemancypowanymi seksworkerkami z klasy średniej. Ewentualnie osobami zaburzonymi, które zbłądziły, bo w wyniku zaburzenia źle pokierowały swoim życiem, jak zaszufladkowano w równoległej dyskusji Medroxy mówiącą wprost o borderline. Ale jak trzeba, to Medroxy będzie znowu uprzywilejowana – wiem, bo już ją tak traktowano u Mieśników na spotkaniu.

A jak przypadkiem umiesz się komunikować na ich poziomie… to jesteś fikcyjna. To przerobiłam trzy lata temu na Krytyce Politycznej. Albo… bingo! uprzywilejowana w cholerę, więc nieważne, że  mówisz ich językiem i cię rozumieją – wtedy to dopiero nie masz nic do powiedzenia.

Z której strony nie podejdziesz – mur beton. Z kolei sojusznicy „wspierają opresję kobiet”. Mocny zarzut. Pozamiatane.

To jest pierdolona lewica. Śpiewak to z grubsza sensowny koleś. I ta pierdolona lewica ośmiela się nas umniejszać, poniżać i zakrzykiwać argumentami jak jacyś Konfederaci. Dyskredytują argument „moje ciało mój wybór”, a wyprowadzenie analogii do dyskursu o zakazie aborcji jakaś baba, oburzająca się o porównanie jej w ten sposób do „zatęchłej prawicy”, uznała za makabryczny żart. Check your privileges & educate yourself.

I ja wiem, że kiedyś lewica nie zawracała sobie głowy prawami osób LGBT+, a teraz postulaty równości małżeńskiej i uproszczonych procedur korekty płci są uważane za ważne. Tylko że wtedy jakoś… troszeczkę lepiej słuchała? Jakoś nie było problemu z powiedzeniem „jestem osobą LGBT+ i to mnie obraża” czy „jestem lesbijką i stwierdzam, że to nieprawda”. Ludzie, z którymi miałam kontakt, w miarę chętnie się dokształcali, wierząc w eksperckość wynikającą z osobistego doświadczenia. Betonu było jakby mniej i w większości został po stronie PiS-u i Konfederacji. A teraz ELITA LEWICY nas knebluje, zasypując „nauką”. Tą samą nauką, która skazywała osoby LGBT+ na elektrowstrząsy, kiedy bazowała na mitach, błędach i zaściankowej moralności antyseksualnej. Zapomnieli? Nagle w nią wierzą i się do niej modlą, jakby „zewnętrzna” wiedza o grupach marginalizowanych była lepsza niż głosy osób z tych grup.

Czuję się zdradzona i bezsilna.