Brałam udział przed chwilą w dyskusji o pracownicach seksualnych (komercyjnie oferujących BDSM), że są potwornie wymagające i że zwykły człowiek nie może się z nimi spotkać prywatnie (oryginalnie „wydaje się, że wyżej srają niż dupę mają”). Zgodziłam się.

Jeśli chodzi o związki, praca seksualna nauczyła mnie być cholernie wymagającą. Kiedyś byłam osobą, która lgnęła do każdego, kto był dla niej miły, powiedział dobre słowo, uśmiechnął się. Okazanie zainteresowania związkiem ze mną uważałam w jakiś dziwny sposób za wiążące – ktoś mnie chce! Hura!

Trafiałam zwykle na osoby, z którym układało nam się… toksycznie. Klasyczne rollercoastery emocjonalne, love&hate, nie sposób być razem, ale rozstać się – jeszcze gorzej.

Po czym poszłam do pracy, gdzie miałam na pęczki komplementów, uwodzenia, prezentów i propozycji spotkań prywatnie. I im dłużej to trwało, tym mniej mi na tym wszystkim zależało. „Masz ładne piersi” „Wiem”. „Jesteś fascynująca” „Dziękuję”. Było mi miło, ale żyłam tym na co dzień, więc to, co kiedyś powodowało, że zakochiwałam się na zabój, zupełnie mi spowszedniało. Prywatnie też zaczęłam emanować seksapilem, więc tu również cieszyłam się zainteresowaniem.

I dopiero wtedy pojawił się mój przyszły chłopak, bez którego nie wyobrażam sobie teraz życia.

Odpowiedziałam na czacie na pytanie, jak się poznaliśmy – wyczuł moment, zagadał, był fajny, zyskał zainteresowanie, podtrzymał, rozniecał cierpliwie… ani się spostrzegłam, a byłam zaangażowana, ale cały czas ostrożna i krytyczna. Czy to jest ON? Sporo nas dzieli. Czy ja chcę więcej i bliżej?

Opowiedziałam to zgoła inaczej – proste „jak było” – i usłyszałam właśnie to: „Dobrze trafiłaś”.

Ale to nie jest prawda. My się spotkaliśmy, trafiliśmy na siebie, ale podjęliśmy – każde z osobna i jeszcze wspólnie – decyzję, że chcemy być razem. Dojrzałą, i nie jeden raz, a dwa, bo mieliśmy solidny kryzys pół roku temu. Lub może całe życie decydujemy, że chcemy być ze sobą?

Codziennie upewniam się, że to była dobra decyzja. Dobry wybór. Mój chłopak jest fantastycznym człowiekiem, z którym się świetnie uzupełniamy, tworząc zgrany team. Równocześnie szanujemy swoją indywidualność w sferach, gdzie nie ma mowy o scaleniu.

Trafiać można na różnych ludzi. Ale nie musimy mieć ich w swoim życiu. Możemy pójść dalej i poznać innych ludzi – takich, którzy będą nam odpowiadali. Albo możemy wypracować odpowiedni dystans.

Trafiać można na różnych ludzi. Ale nie musimy mieć ich w swoim życiu. Możemy pójść dalej i poznać innych ludzi – takich, którzy będą nam odpowiadali. Albo możemy wypracować odpowiedni dystans.

Z jedną z osób od love&hate relationship po latach obrażonego, pokrzywdzonego milczenia jestem w zupełnie dobrej relacji. Trzeba by się niebawem spotkać na kawę albo coś.

Myślę, że jestem już w tym wieku, kiedy podejmuje się dojrzałe wybory. Pamiętam siebie jako osiemnastolatkę: moi zupełnie dorośli znajomi zeszli się ze sobą, a następnie bardzo dużo rozmawiali, sprawdzając czy są materiałem na małżeństwo. Czy kierują się podobnymi wartościami w życiu, czy mają zbieżne cele, jak by wychowali potencjalne dzieci etc. Wtedy to, że rozmawiają przed zaręczynami było dla mnie ogromnym zaskoczeniem, no przecież było wiadomo, że wezmą ślub! Byli taką fajną parą! Ale oni oczywiście tego nie wiedzieli i woleli to sprawdzić, zwłaszcza że są bardzo wierzący i rozwód nie wchodził w grę. Ostatecznie są szczęśliwym małżeństwem od kilkunastu lat.

Z moim chłopakiem wkrótce będziemy obchodzić dopiero trzecią rocznicę, ale zapowiada się ich dużo więcej. Właśnie dlatego, że wybraliśmy siebie nawzajem zamiast na siebie po prostu trafić, zakochać się od pierwszego wejrzenia i żyć długo i szczęśliwie. Takie rzeczy to tylko w bajkach.