Ostatnio zorientowałam się, że po raz pierwszy od kilku lat nie podporządkowuję swojego życia aktualnie najbliższemu mi mężczyźnie. Teraz moje życie reguluje nie to, czy ktoś ma ochotę spędzić ze mną czas tylko to, że chodzę do pracy.
(Tytułem wyjaśnienia, ostatnie lata spędziłam jako studentka i freelancerka).
Satysfakcja, którą poczułam po dojściu do wniosku, że sama decyduję o swoim życiu – bezcenna.
Wybrałam pracę zgodną ze sobą. Jedną z kilku, w jakich chciałabym pracować, ale jedyną w tym momencie dla mnie dostępną.
Moi przyjaciele wiedzą o mojej decyzji i akceptują ją.
Zarabiam przyzwoicie. Nie świetnie (kokosy w tej branży są przereklamowane), ale zadowalająco. Nie muszę się martwić o to, czy zapłacić za prąd, czy kupić jedzenie, a może buty.
Moje życie jest nagle proste i uporządkowane. Wstaję późnym porankiem, jadę do pracy, w miłej atmosferze spędzam w niej większość dnia, potem wracam do domu, jem kolację, idę spać.
Mam sporo czasu dla siebie i swoich zainteresowań, bo wystarczy mi mój iPadzik i jestem szczęśliwa.
Po raz pierwszy od dawna nie mam się czym frustrować.
Czuję się wolna i spełniona.

0 komentarzy