Zadzwonił do mnie kumpel-złośliwiec.
– Halo?
– Cześć, kurewko.
– Jak ty ładnie do mnie mówisz…
– Gdyby do burdelu też nie można było się dodzwonić jak do ciebie, to by splajtował.
– Mam okres.
– Aha, czyli jesteś na urlopie.
*
Jestem zatem na urlopie, siedzę sobie na Facebooku, a tam takie rzeczy:
Manifest feministyczny. O włączenie walki o prawa pracownic i pracowników seksualnych do postulatów ruchu feministycznego – adresowany do środowisk feministycznych tekst, niestety napisany mocno hermetycznym językiem, ale takim właśnie mówią feministki-aktywistki, więc powinny wszystko zrozumieć. Spróbujcie poczytać, moim zdaniem warto.
Sprzeciwiam się przemocy wobec pracowników i pracownic seksualnych – wydarzenie w Warszawie z okazji 17 grudnia (Dnia Przeciw Przemocy wobec nas). Proszę proszę…
Coś się dzieje.
*
Próbuję obejrzeć drugi raz „Secret Diary of a Call Girl” – serial, który obejrzałam kilka lat temu, kiedy parokrotnie umówiłam się z jakimś klientem dla podratowania budżetu domowego. Wtedy chłonęłam go z zafascynowaniem, jak skarbnicę wiedzy. Teraz dałam radę aż do pierwszego stosunku z klientem. Był strasznie… stereotypowy. Belle zachowywała się w tej scenie sztucznie – bardzo profesjonalnie, ale zupełnie jak prostytutka. 100% zaangażowania w przyjemność klienta, ale w taki sposób, że mnie – na jego miejscu – by to bardziej speszyło niż podnieciło. Nie odnalazłam się w tym i wyłączyłam odcinek. Może podejdę do całości jeszcze raz. Ma dobre sceny, a aktorka jest znakomita.
Fajny jest początek, w którym Belle wymienia szereg popularnych nazw swojej profesji i mówi, że jest jej wszystko jedno, jak jest nazywana, bo to tylko semantyka. Kiedyś się na to oburzałam, z czasem nabrałam dystansu.
Za to przypomniało mi się, że „Pretty Woman” była w dzieciństwie moim ulubionym „filmem dla dorosłych”. Miałam jakieś 11 lat, kiedy mama pozwoliła mi to zobaczyć i komentowała niezrozumiałe dla mnie dialogi i sytuacje („Pani wynagrodzenie to prowizja? Błąd. Ogromny błąd”), oczywiście zakazując patrzeć na sceny stricte erotyczne. Byłam zafascynowana historią i kilkakrotnie odtwarzałam film na VHS. Kochałam też tytułową piosenkę – do tej pory mam ją w playlistach.
Myślę, że mam sporo z Vivian. Obejrzałam sobie niedawno trailer i uśmiechałam się ze zrozumieniem do wielu scen. Jest w podobny sposób żywiołowa, entuzjastyczna, spontaniczna i wrażliwa.
Film oczywiście jest bajką, ale nie przeszkadza mi to ciepło o nim myśleć. Tylko zakończenia nie lubię: jest przesłodzone i moralnie jedyne słuszne. Wolałabym coś bardziej niejednoznacznego.

0 komentarzy