Nieentuzjastycznie o poliamorii

cze 7, 2025 | Najlepsze, Relacje damsko-męskie, Seksualność i psychologia | 0 komentarzy

Podobno ludzie albo są monogamistami, albo poliamorystami i nie stają się poliamorystami, tylko zawsze nimi są i taka jest ich natura. Well. Moja historia to monogamia z ciągłym rozdarciem między dwiema osobami (7 lat), entuzjastyczna poliamoria (10 lat), entuzjastyczna monogamia (niecałe 7 lat).

Kiedy w pierwszych intymnych relacjach („coś więcej niż przyjaźń” przerwane przez nasze matki + pełnoprawny pięcioletni związek) byłam rozdarta między moją aktualną dziewczyną a kolejnym mężczyzną, było to absolutnie okropne. Ogrom rozterek, poczucie winy – koszmar.

Potem nastała poliamoria, którą przyjęłam bardzo entuzjastycznie. Oto można legalnie kochać więcej niż jedną osobę i nie trzeba się z tym kryć! W każdym razie nie przed partnerem.

W tamtym roku poliamoria była jeszcze w podziemiach, „Puszczalscy z zasadami” ukazali się dwa lata później, do dyspozycji w mainstreamie były dwa artykuły na krzyż, półtora roku później odbyła się konferencja teoretyczno-praktyczna, a jeszcze pół roku do roku później poznałam środowisko. Tak więc najpierw poruszałam się po omacku, a potem dostałam konkretne wskazówki, jak należy być w etycznej niemonogamii, żeby to działało.

Tylko że nie działało.

Dużo rozmawiałam, byłam mało zazdrosna, wkładałam sporo pracy itd, itp.

Wchodziłam w różne konstelacje: czworokąty każdy z każdym, mono-poli, mężczyzna w centrum z partnerkami i kochankami, ja w centrum z partnerami i kochankami/fwb. Bez różnicy.

Raz po raz przejeżdżałam się na tym, że napotkani poliamoryści i fani otwartych związków nie angażują się maksymalnie w swoje relacje i nie zbuduje się z nimi wspólnego życia, bo wolą gadać o wspólnym zamieszkaniu w kilka osób – ale by było fajnie – niż coś w tym kierunku zrobić.
Albo są zaangażowani w inną relację niż ze mną i na przykład zostaję sprowadzona do roli kochanki, dla której ma się czas, jeśli żona akurat nie jest w pilnej potrzebie, bo jak tak, to sorry, odwołujemy ten wyjazd (niby zrozumiałe, ale nadal przykro). I masz wyglądać seksownie, bo jak nie masz na to siły, to może przełóżmy spotkanie? (Ja tylko chciałem, żebyś odpoczęła! Wcale nie traktuję cię przedmiotowo!)
Okazywało się, że trzeba się dzielić partnerem, a nie każdy przestrzega zasad – czasami ktoś manipulacjami próbuje uzyskać więcej, a partner będący w centrum niekoniecznie potrafi stawiać granice w relacjach, ba! przekracza je swoją niedyskrecją.
Że można mieć kilka bliskich osób, ale nikogo do spędzenia razem Świąt. (Wiem! Mam za mało bliskich osób!)
Albo jest się najważniejszą osobą, ale to partner nie wypowiada swoich oczekiwań i w końcu tak wybucha zazdrością (w Święta…), że nie ma co zbierać.

Najgorzej wspominam właśnie „pracę z zazdrością”. Zazdrość nie jest mile widziana w poliamorii i kij z tym, że komunikuje ci, że coś ci nie odpowiada, że czujesz się niepewnie, że nie dostajesz tyle, ile pragniesz.
Nam jest niekomfortowo z twoją zazdrością. To nas stawia przed wyzwaniem, a my nie chcemy komplikacji. Przepracuj ją tak, żeby jej nie odczuwać, bo masz problem. Masz nauczyć się akceptować to, że jesteś na drugim miejscu, i tak poświęcam ci dużo czasu, więc siedź cicho.
I nie, nie obchodzi mnie, że masz jakieś PTSD po niedyskretnym byłym porównującym cię z innymi, ja chcę ci opowiadać o randkach z innymi kobietami, bo jestem wolnym człowiekiem, jezu, znowu robisz scenę? Że mam nie opowiadać, jakieś granice przekraczam? Przestań się wtrącać w moje życie!

Większości z tych rzeczy nikt nie powiedział wprost, ale przerobiłam presję na to, żeby wszystko akceptować, na wszystko się godzić, nie okazywać negatywnych emocji. Wszystko w bardzo kochającej oprawie, jesteś dla mnie bardzo ważna itd. (Hm, ciekawe, ilu poliamorystów to narcyzi).

I nie, nie byłam ważna. Nie tak jak teraz. Byłam tak ważna, jak ważna jest atrakcyjna, lubiana koleżanka, z którą można miło spędzić czas tu i ówdzie. Można to nazwać miłością, ale taką niezobowiązującą, więcej w tym pożądania niż zaangażowania, a o realnych poświęceniach to zapomnij – nic poza strefą komfortu.
Miło mieć taką koleżankę. Miło mieć wiele takich koleżanek. A najmilej, jak ma się z tego same profity, bo kiedy przychodzi do kosztów (druga osoba czegoś potrzebuje) to jeśli wymagałoby to naprawdę dużego wysiłku i poświęcenia, zawsze można się wycofać albo scedować odpowiedzialność na kogoś trzeciego. I patrz, jak dobrze mieć całą sieć partnerów, zawsze możesz liczyć, że ktoś pomoże.

Teraz jestem sensem wszystkich działań.
I nadal mam na kogo liczyć, tylko że bardziej.

Przez większość tego czasu przebywałam w środowisku pełnym niemonogamistów. Poznałam ludzi, którzy od lat byli w poliamorycznych związkach z tymi samymi osobami i im się to sprawdzało. Którzy uczyli, jak żyć w poliamorii. Już nie są z tymi ludźmi co wtedy. Dlaczego? Konsekwentnie z jednego powodu: przez kilkanaście lat polizwiązki im działały (dużo lepiej niż u mnie), a potem nowa osoba okazała się ważniejsza niż obecne relacje i tak zgrzytało, że się rozpadło. Mimo lat doświadczenia w przegadywaniu takich sytuacji.

Cóż, u mnie działało trzy ostatnie lata poliamorii. Byliśmy w konstelacji ja, partner i moi kochankowie. Potem pojawiła się kolejna nowa osoba…

Nie poznałam bliżej żadnych ludzi, u których to nadal nie jebło.

Finalnie, będąc już w związku monogamicznym, wykombinowałam, że poliamoria wyglądała dla mnie atrakcyjnie dlatego, że:

  1. Związki, w których byłam w monogamii, nie były dostatecznie satysfakcjonujące – za mało wspólnych tematów, za mało bliskości, za mało dojrzałe osoby.
  2. Później nikt poznany nie chciał być ze mną w tradycyjnym związku. Wiecie, mało który monogamista wybierze kobietę, która jest w relacjach otwartych. Tak jakby szukają czegoś innego.
  3. Nie chciałam być sama. Stawianie na jakość nie zagrało, ale można było postawić na ilość.
  4. Przez jakiś czas w konflikcie niezależność vs intymna bliskość sama wybierałam niezależność, mimo że niby chciałam inaczej. Do zaangażowania i głębokiej bliskości trzeba dojrzeć.

Teraz poliamoria wygląda dla mnie… nawet nie to, że nieatrakcyjnie. Ja jej po prostu nie widzę w swoim życiu, bo raz, że Ernyks zaspokaja niemal wszystkie moje potrzeby (na pewno wszystkie ważne), więc nikogo dodatkowego nie potrzebuję, a dwa, że spędzamy razem tyle czasu, że jakbym miała kogoś spróbować wepchnąć do kalendarza, to musiałabym okroić dla niego swój czas z Ernyksem. Czyli osłabić związek, nad którym pracujemy. Strzał w kolano, dziękuję.

Jeśli uważasz post za wartościowy, możesz postawić mi kawę.

Zamów moją książkę

Zamów moją książkę

Your content goes here. Edit or remove this text inline or in the module Content settings. You can also style every aspect of this content in the module Design settings and even apply custom CSS to this text in the module Advanced settings.

Święta Ladacznica

Piszę o seksualności, relacjach i władzy – z perspektywy osoby, która zna opisywane światy i od środka, i teoretycznie. Przez kilka lat pracowałam jako escortka, równolegle prowadząc ten blog, który stał się jednym z ważniejszych głosów o pracy seksualnej w Polsce. Wydałam książkę „To tylko seks?!„, która jest odpowiedzią na 100 pytań zadanych mi przez czytelników bloga. Wróciłam po przerwie.

0 komentarzy

Wyślij komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *