Przypomniał sobie o mnie były stały klient. Taki, co to nie rozumiał, że spotkania z nim to była moja praca i że jeśli przyjechałabym do niego na kilka dni na darmowy seks, ale bilet i pobyt i atrakcje na jego koszt, to byłabym stratna, bo w tym czasie nie zarobiłabym ani grosza. I który równocześnie cały czas pamiętał, że łączy nas umowa, że świadczę mu usługi seksualne, więc nie ma, że się źle czuję, foch z przytupem!
Ale poza tym bardzo miły człowiek. Serio.
Tacy zawsze byli dla mnie najtrudniejsi, bo jeśli się zapomniało, że to relacja klient-usługodawczyni i potraktowało jak prawdziwą relację, to się kończyło z płaczem w poduszkę. Niemal zawsze.
No więc ex-klient dyskretnie dał o sobie znać – ot, naszło go w nocy na wspominki – a ja dostałam ciarek i stanów lękowych. Musiałam sobie powtarzać, że wcale nie muszę się z nim spotykać na seks. Że nie zależę nijak od jego pieniędzy, mogę to zignorować i moje „nie chcę, brrr” w zupełności wystarcza.
„She’s been everybody else’s girl.
Maybe one day she’ll be her own”.
To takie drobiazgi, a przypominają boleśnie, że kiedyś nie miałam przestrzeni na „nie chcę”.
Jako uprzywilejowana pracownica seksualna z wielkiego miasta mogłam wybierać naprawdę fajnych klientów i ociekające luksusem warunki pracy w wybrane dni i godziny.
Za to nie mogłam wybrać braku klientów.

0 komentarzy