Kiedy nauczyłam się już podstaw zawodu (wtedy nie było „Doświadczalnika” ani sieciowania się na fejsbuku), opuściłam agencję forever.
Całkiem nieźle wspominam ten epizod. Dużo mi pokazał, jeśli chodzi o typowe kobiety w branży i ich codzienność. Również obie szefowe były z grubsza spoko – na pewno lepsze niż w firmach, w których wcześniej pracowałam. Obie z branży, obie nieprzemocowe. Przestałam jednak potrzebować agencyjnego zaplecza, a co za tym idzie – nie miałam ochoty płacić za nie kilku tysięcy miesięcznie. Poza tym pierwsza inaczej definiowała „fajnych, stałych klientów” (dużo kokainy na stole – not fun!), a druga – ta od usług VIP – nie umiała prowadzić biznesu. Siłą rzeczy doszłam do momentu „sama zrobię to lepiej” i odeszłam.
Żeby nie utknąć w seksbiznesie na zawsze, kontynuowałam kilka strategii działania.
Strategia nr 1
Moje życie to była jedna wielka chujnia z gatunku „to niemożliwe, żeby jedną osobę spotkało tyle rzeczy” „napisz o tym książkę” „nie wiem co powiedzieć”. Widziałam sporo takich osób; zwykle w końcu zaczynały wspomagać się używkami albo trafiały na oddział psychiatryczny po kolejnej próbie.
Chciałam dla siebie innego życia, więc to sobie poważnie przemyślałam.
Wniosek nr 1: Jak nie zadbasz o psychikę, to będzie źle.
Wniosek nr 2: Jak będziesz sama w życiu, to będzie źle.
Wniosek nr 3: Nie sięgaj po używki, bo będzie źle.
Dlatego obsesyjnie dbałam o swój dobrostan psychiczny i sieć wsparcia. Nieporadne próby z czasem zaczęły przynosić efekty.
Alkohol w pracy piłam bardzo chętnie, ale z umiarem i dla funu – nie po to, żeby móc pracować.
Dbając o siebie w ten sposób, branżę opuściłam w dużo lepszym stanie niż ten, w którym do niej weszłam. I to mimo dodatkowego bagażu w postaci sprzedawania seksu randomom i kilku doświadczeń przemocy owocujących jednym PTSD więcej.
Strategia nr 2
Stały rozwój zawodowy.
Jako escortka zoptymalizowałam model biznesowy tak: minimum czasu na klientów, maksimum czasu na naukę nowych umiejętności. Kasa na dalszym planie.
Miewałam 2w1, czyli jak tylko pozyskałam jako klienta jakiegoś niezależnego specjalistę, eksperta z ciekawej dziedziny, menedżera albo właściciela firmy, to maglowałam go jak się dało w pozornie niezobowiązującej konwersacji. Byli zachwyceni spotkaniem ambitnej dziewczyny, która słucha ich z zapartym tchem, a ja miałam pełno kejsów, porad i inspiracji. Tak jakby chodziłam na studia z zarządzania, a oni mi za to płacili ![]()
„Co robisz zawodowo?” to było moje ulubione pytanie.
Wiedziałam, że pójdę w biznes. Moi klienci często mieli prace etatowe, które uwielbiali, w których mieli dużo swobody i dobre dochody. Ale jeszcze przed escortingiem nienawidziłam modelu 9-17. Luksusy związane z byciem escortką zdecydowanie spotęgowały pragnienie posiadania firmy.
Często miałam (i nadal mam) problem z brakiem łyżek. Jednak w skali pięciu lat, przy pozyskiwaniu klientów przez jakiś kwadrans dziennie, zyskałam całkiem dużo wiedzy i umiejętności.
Strategia nr 3
Kiedyś się uda.
Któryś pomysł wypali.
Kiedyś będzie dobrze.
Idę w dobrym kierunku.
Nie wyszło, spróbuję jeszcze raz.
Efekt
Dochody z mojej jdg są bardzo zróżnicowane. W lepsze miesiące przekraczam średnią krajową. W gorsze – zarabiam tyle, co w fastfoodach. Tylko że bez nerwów i wysiłku, i w ZNACZNIE mniej godzin.
Przy moich wydatkach to wciąż nie jest zadowalający wynik. Odetchnę dopiero przy zarabianiu regularnie po 8k na rękę. Dlatego mój chłopak często się dokłada do budżetu.
Na plus? Mam wszystkie luksusy z pracy seksualnej (brak łyżek = czas wolny, spotkanie na kawę o 14 – wychodzę, niezależność itd.), zarejestrowaną działalność, rozbudowaną opiekę medyczną jako bonus pracowniczy i inne fajne skutki uboczne pracy w mojej niszy. Pandemia nijak mi nie zaszkodziła, mogłam nawet podnieść stawki.
Czego nie mam? Stygmatyzacji, zagrożenia przemocą i wystawnych kolacji z klientami. Większości z tego mi nie brak ![]()

0 komentarzy