Podobno mam destrukcyjne podejście, bo
1) po pracy seksualnej mam traumy, a więc to dowód, że moje podejście jest złe,
2) nakazuję potulnie zgadzać się na to, co robią klienci, a nie „outować” ich w social mediach, przez co
3) inne osoby też będą miały traumy, jeśli mnie posłuchają.
No więc tak. Klientów traktowałam dokładnie tak samo jak pisałam na blogu, czyli bardzo przyjaźnie, z dużym kredytem zaufania i szacunkiem. Na większości spotkań byłam cholernie pewna siebie i ujmująco miła jednocześnie. W taki, wiecie, empatyczny, zainteresowany rozmówcą sposób. Właściwie 3/4 mojej pracy to była praca intelektualna: robienie odpowiedniego wrażenia.
Czy kiedyś zbluzgałam kogoś, kto napisał mi pojebaną wiadomość? Możliwe. Nie pamiętam. Zwykle pisałam „nie, dziękuję, nie jestem zainteresowana”. Przez lwią część mojego stażu w tym zawodzie nie było czarnych list – pracowałam całkiem sama.
Było to tak destruktywne podejście, że miałam naprawdę mało przykrych spotkań – około 2% – przy czym pod „przykre” rozumiem każde, które zapamiętałam jako naprawdę niekomfortowe, nie mylić z traumami. Wliczam także absolutnie koszmarny seks i kilka innych rzeczy, które po prostu były niemiłe, ale nic nikomu się nie stało.
Nawet nie posiadałam gazu, a gdybym miała, to przez pięć lat zebrałyby się łącznie trzy powody do użycia go, z czego jedną z tym spraw załatwiłam skutecznie podstępem, bez eskalacji, a dwie pozostałe to była typowa reakcja „freeze” i tak naprawdę pomógłby podniesiony ton, a nie gaz, ale na żadne nie było mnie stać.
Zasadniczo byłam absolutną mistrzynią wychwytywania, z kim nie warto się widzieć oraz jak podejść potencjalnie problematycznego klienta, żeby nic się nie wydarzyło. Byłam w tym tak dobra, że to procentuje do tej pory w trudnych życiowych sytuacjach.
To, co mnie straumatyzowało najbardziej, to konieczność spotykania się z tymi wszystkimi przemiłymi ludźmi i udawania, że mam ochotę na seks z nimi i że wcale nie chodzi nam o pieniądze („ile mi dasz” „ile jesteś warta”) PLUS stale tłumiona obawa, że jednak kiedyś coś poważnego mi się stanie. Przy czym nie mam tu na myśli czegoś, co da się szybko przepracować.
Spotykanie się z obcymi mężczyznami na seks/randki samo w sobie, bez niemal żadnych przykrych przeżyć (najczęstszy flashback z pracy: robienie loda), rozjebało mi na jakiś czas podejście do erotyki oraz życie intymne z chłopakiem, a także sprawiło, że prawie bym się z nim nie związała oraz spowodowało kryzys w związku.
Wszelkie postseksworkerskie problemy w związku rozwiązała terapia.
Podejście do pracy seksualnej to niestety bardziej złożony temat, uwikłany w konflikty światopoglądowe itd.

0 komentarzy