Zdrowie psychiczne, zarządzanie biznesem i męczący klienci

sty 12, 2017 | Życie, praca i ogarnianie codzienności | 0 komentarzy

Kilka dni temu przyszedł do mnie klient-rzygacz. Rzygacze to tacy ludzie, którzy powinni przepracować swoje problemy na terapii, ale są na etapie wyrzygiwania się emocjonalnie nieznajomym: prostytutkom, współpasażerom… Dużo energii kosztowało mnie pozostanie w swoim świecie przy równoczesnym zachowaniu dyskrecji i nieprzekazywaniu jego spraw dalej. Na szczęście to był ten lżejszego kalibru, czyli wygadał się i już nigdy do mnie nie wróci. 

(Superwizja dla dziwek, anyone?)
Najgorszy jest rzygacz pragnący wejść w toksyczną relację. Taki trafił mi się raz, w agencji, i stanowczo zapowiedziałam, że więcej się z nim nie spotkam. Menedżerka to uszanowała, ale miałam -50 do reputacji, bo – z jej perspektywy – bez sensu odtrąciłam stałego „dobrego” klienta, robiąc jej problem: to ona musiała jakoś wybrnąć z tego, że on o mnie regularnie pytał.

W agencji od której zaczynałam, w ogóle nie dbano o komfort psychiczny pracownic. Nie istniało przepracowanie i każda na własną rękę musiała sobie radzić z tym, że pracuje w branży, do której nie chciałaby drugi raz trafić. Klient rozmawiający czy też nawijający o swoich sprawach był postrzegany jako mniej męczący, bo gadał i w tym czasie nie było seksu – wystarczyło udawać, że się słucha. Jedna z pracownic miała depresję i co jakiś czas przebąkiwała o samobójstwie – dostałam od menedżerki zjebkę, że zaproponowałam udanie się z problemem do profesjonalistów. Zdaniem osób zarządzających organizacją wystarczyło dotrzymywanie dziewczynie towarzystwa („ona jest po prostu samotna!”), a ja byłam ta zła, bo nie zamierzałam angażować się osobiście w ratowanie koleżanki.
Cóż, trudno dawać wsparcie pracownicom, które zdecydowały się na prostytucję wbrew sobie i postrzegały pracę seksualną jak upadek. Gdybym miała nimi zarządzać, może też robiłabym wszystko, żeby je eksploatować, bo wsparcie – realne, potrzebne wsparcie – doprowadziłoby je do rozwiązania problemów i zmiany zawodu, a w konsekwencji pozbawiłoby mnie pracownic, w które zainwestowałam swój czas.
Agencja, w której pracowałam, nie była z tych najgorszych – na pozór panowała rodzinna atmosfera, ludzie się znali, celebrowali wspólnie urodziny i święta. Ale ponad połowa zatrudnionych dziewczyn nie radziła sobie z byciem pracownicą seksualną i właśnie leciała w dół, w problemy psychiczne i uzależnienia. Kilka miesięcy po moim odejściu agencja przestała istnieć. Prawdopodobnie z powodu posądzenia o handel ludźmi, bo menedżerka pomagała załatwić sprawy związane z emigracją kobietom zza wschodniej granicy. W każdym razie wkroczyła policja i burdel zamknięto.

W ramach ciekawostki, druga moja agencja zrzeszała dziewczyny w dobrym stanie, lubiące swoją pracę, a menedżerka miała głowę pełną ideałów i chciała im pomagać osiągnąć lepszą pozycję w życiu. Jednak kompletnie nie umiała prowadzić biznesu. Start-up padł po raptem kilku miesiącach, bo zyski były mniejsze niż koszty.

Wyciągnęłam wnioski i zdecydowałam się wynająć mieszkanie dopiero wtedy, gdy miałam pewność, że będzie mi się to opłacało. W przeciwieństwie do wielu początkujących (w tym drugiej menedżerki) rozpisałam sobie budżet plan i celowo niedoszacowywałam zyski, a koszty liczyłam z górką. Wydaje mi się, że nie popełniłam większych błędów.
Może mieszkanie mogłoby być lepsze, ale celowo zarezerwowałam na czynsz niewiele, żeby nie być w kropce podczas gorszego miesiąca (tak jak wiosną, gdy z powodów zdrowotnych przez kilka tygodni w ogóle nie pracowałam) i nie uwikłać się w bycie niewolnicą własnego lokum. Dwie znajome startuperki zakochały się w wynajętych wnętrzach, przepłaciły i teraz cierpią na tym ich dochody. A w biznesie nie o to chodzi, żeby za ciężkie pieniądze utrzymywać przy życiu własne miejsce pracy. Tak to się robi na etacie.
Z czasem, jeśli nabędę praktyki, zbiorę nową, większą bazę stałych klientów i umożliwię sobie podniesienie ceny, prawdopodobnie wynajmę coś lepszego. Chociaż nie mam do tej idei wielkiego przekonania, bo prędzej czy później będę przecież chciała zmienić zawód. Widzę to jako stopniowe przejście z jednej branży do drugiej, więc większa inwestycja w lokal szybko może przestać być na miejscu.

Tak jak już pisałam, zakorzeniła mi się w głowie myśl, że mam swój biznes. Chcąc nie chcąc, nabieram praktyki. Różne stare porady biznesowe zaczynają przybierać realny kształt, a nowe informacje przyswajam pod kątem „przyda mi się – nie przyda”, co jest bardziej ekonomiczne niż bezkrytyczne chłonięcie wszystkiego (ileż sprzecznych wskazówek przyswoiłam przez minione lata!). Kiedy zarejestruję własną działalność, będzie to po prostu kolejny biznes w kolejnej branży… Pewnie będzie mi trudniej (dojdzie biurokracja, zmieni się usługa i stawka), ale i tak jestem do przodu. Mam biznes, ha!

Równolegle cały czas porządkuję swoje sprawy życiowe. Jest coraz lepiej. Dwa lata temu byłam w nieciekawej sytuacji; niby były jakieś widoki na poprawę, ale było też wiele zagrożeń. Lada moment mogłam znowu potknąć się i upaść. Ciągle musiałam się zapożyczać, pilnując, żeby nie wpaść przy okazji w spiralę zadłużeń… No i ten stres – byłam bardzo wrażliwa i dowolne niepowodzenie wyprowadzało mnie z równowagi. Rzeczywistość wokół mnie też była sporo poniżej przeciętnej – zero wyjść, wyjazdów, na nic nie było mnie stać, a dodatkowo nie umiałam zadbać o swoje zdrowie. Szamotałam się, próbując naprawiać wszystko jednocześnie. Teraz wreszcie stoję pewnie na nogach.
Tak więc, pomijając zmęczenie, o którym pisałam ostatnio, jest OK. Dobiłam do klasy średniej: moje życie jest względnie uporządkowane, mam przeciętne problemy, stać mnie na zakupy w centrum handlowym, co jakiś czas gdzieś wyjadę albo kupię bez bólu potrzebną rzecz, a problemy zdrowotne to nie dramat. Jeszcze kilka lat i będę miała takie życie, jakiego dla siebie pragnę.

Powinnam ten wpis zakończyć jakąś puentą, ale nie mam na nią pomysłu, więc dopowiedzcie ją sobie sami.

Jeśli uważasz post za wartościowy, możesz postawić mi kawę.

Zamów moją książkę

Zamów moją książkę

Your content goes here. Edit or remove this text inline or in the module Content settings. You can also style every aspect of this content in the module Design settings and even apply custom CSS to this text in the module Advanced settings.

Święta Ladacznica

Piszę o seksualności, relacjach i władzy – z perspektywy osoby, która zna opisywane światy i od środka, i teoretycznie. Przez kilka lat pracowałam jako escortka, równolegle prowadząc ten blog, który stał się jednym z ważniejszych głosów o pracy seksualnej w Polsce. Wydałam książkę „To tylko seks?!„, która jest odpowiedzią na 100 pytań zadanych mi przez czytelników bloga. Wróciłam po przerwie.

0 komentarzy

Wyślij komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *