Okrągłe dwa i pół roku bez seksu komercyjnego.
Libido – wraca do normy sprzed.
Inicjowanie seksu – czasami się zdarza.
Seks oralny w stronę chłopaka – prawie OK, jeszcze tylko przestać mieć flashbacki po… Ale zniknęła blokada, zniknęły flashbacki w trakcie, więc idziemy do przodu.
Oglądanie pornografii – nie tykam. Tam są seksworkerki. Przedmiotowo traktowane. Trudno o mocniejszy trigger, połączony z „czy to w ogóle OK? czy jej jest z tym dobrze? czy będzie jej z tym dobrze za kilka lat?”.
Kontakty z ludźmi w sytuacjach zawodowych – lęk bliski paniki, bo pewnie będą przemocowi. Autosabotaż goni autosabotaż.
Najwyraźniej leczenie PTSD w formie „boję się iść do pracy, bo praca = mobbing i wyzysk” narażaniem się na przemoc fizyczną i seksualną w dobrze płatnej pracy na własny rachunek jednak NIE JEST dobrym rozwiązaniem. Przynajmniej w perspektywie długoterminowej.
Myślałam ostatnio, jak zniwelować lęk przed takimi sytuacjami. To świeżo wykopany temat, jeszcze tydzień temu interpretowałam lęk jako fobię społeczną albo syndrom oszusta.
Wymyśliłam trzy, może cztery strategie radzenia sobie – i zarejestrowałam, że wszystkie są stosowane przez seksworkerki. Czyli to nie do końca ten kierunek. Te strategie działają, kiedy mamy zminimalizować REALNE ryzyko przemocy i zagrożenia życia, a nie kiedy mamy traumę z powodu doświadczania go codziennie przez pięć lat. Tylko udowodniłam sobie, że wierzę, że mój lęk jest uzasadniony.
Opowiedziałam o tym mojej terapeutce traum, ale nie zapowiada się, żebym prędko się z tym uporała. Doceniła, że to wykopałam – pierwszy krok za mną.
Jestem pod nieustającym wrażeniem mojego chłopaka, który jest ze mną w tym wszystkim cały czas.

0 komentarzy