Byłam Świętym Graalem, ale płaciłam za to własną duszą

wrz 8, 2021 | Praca seksualna od środka, Relacje damsko-męskie | 0 komentarzy

Mam ostatnio w życiu fazę, że mój mózg wraca do różnych wydarzeń i je oczyszcza. Terapia traum, na którą poszłam rok temu za sprawą chłopaka, to rewelacyjna sprawa – wydarzenia po prostu się oczyszczają, a jedno pociąga drugie.

Po przerobieniu kilku pilniejszych kwestii, mózg wrócił do wątku pracy seksualnej. Jakoś za kilka tygodni mija dekada, odkąd po raz pierwszy spotkałam się z klientem. Wkrótce potem poznałam nurt „sex work is work” oraz fantastycznego klienta typu zagraniczny biznesmen, który stał się moim wieloletnim kochankiem i jednocześnie – kiedy po paru latach wróciłam do zawodu – personą. Persona to taki idealny klient, pod którego ustawiasz całą strategię biznesową, w tym marketing.

Moje życie zawodowe było przez prawie pięć lat (po wyjściu z agencji) niekończącym się pasem randek. Oferowałam randki i bardzo często rzeczywiście dostawałam randki. Wykwintne restauracje, pasjonujące rozmowy przy winie, wyjazdy, prezenty, komplementy. Czasem coś zabawnego, na przykład wyjście do Flyspotu lub wspólne zwiedzanie Warszawy z przewodniczką. Jedna wielka przygoda. I przyjaźnie z klientami, także na całe życie.

Dużo ludzi czytało mojego bloga i mówiło „ja też tak chcę”. Tylko że nie miałam wtedy pojęcia, że powinnam wprost uprzedzać o tym, że co prawda moja rodzina to aktualnie jedna wielka patologia, mam problemy finansowe, zdrowotne i chaos w życiu, ale pochodzę z inteligenckiego domu z tradycjami, przeczytałam w życiu ponad 2000 książek, posiadłam wiedzę specjalistyczną z kilku dziedzin, w tamtym czasie naprawdę dobrze wyglądałam, nie mam nałogów poza kofeiną i internetem, doskonale znałam swoją grupę docelową, mówiłam jej językiem i miałam perfekcyjnie spójną ofertę, a praca seksualna zawsze była dla mnie opcją tymczasową, więc między klientami zdobywałam nowe kompetencje. Dodatkowo do perfekcji opanowałam budowanie sieci wsparcia, no i wbrew ostatnim opiniom daleko mi do potulnej owieczki. W kontaktach z klientami byłam raczej walcem okrytym dla niepoznaki białym futerkiem, z hamulcami w postaci sumienia i zasady win-win.

Kolejna przewaga zasługuje na osobny akapit. Pracy w zawodzie uczyłam się nie od koleżanek z branży (bo ich nie miałam) ani z „Doświadczalnika” (bo nawet nie był w planach), a od trzech mężczyzn korzystających z usług seksualnych – każdy był inny, razem pokrywali szerokie spektrum innych mężczyzn, z którymi miałam kontakt. To sprawiło, że miałam zawsze ogromne fory, bo wiedziałam co mój klient myśli, czego potrzebuje, co chce osiągnąć, co mu napisać, żeby jednak wyjść na swoje, kiedy mi zagraża, dlaczego coś zjebałam itd. Tak jakby czytałam im w myślach, choć – zwłaszcza z początku – często poprzedzała to konsultacja „napisał mi to i to, o co mu chodzi”. Nasłuchiwałam też uważnie komentarzy innych swoich klientów, tych bieżących. Typowe podejście biznesowe, jak kiedyś przeczytałam: twoi klienci to najcenniejsi nauczyciele.

BHP miałam w małym palcu, podobnie jak zbiór zasad nie do złamania. A jak dodałam do tego pajęczy zmysł, czyli umiejętność wyczucia problemów/ściemy, to mogłam dodatkowo, bez żadnych konsekwencji, łamać każdą zasadę, którą znałam. Na przykład niemal zawsze brałam pieniądze z dołu i przez pięć lat wyszłam na tym źle może dwa razy, ponieważ był to element przemyślanej i sprawdzonej strategii, która wielokrotnie kupiła mi stałego klienta, święty spokój lub mocną pozycję negocjacyjną. Nie róbcie tego w domu – nie spotkałam ani jednej innej osoby, która dobrze by na tym wychodziła finansowo i psychicznie.

No więc weszłam do branży z supermocami wyróżniającymi mnie na rynku. Jak kosmitka. Totalnie unikalna. Przez tyle lat spotkałam tylko trzy pracownice seksualne, z którymi nawiązałam autentyczne porozumienie.

Wobec tych klientów, do których kierowałam swoją ofertę, byłam jak objawienie. Jednorożec. Święty Graal. Sporo oczywiście było zawiedzionych, ale albo miałam wtedy wtopę, albo byli to ludzie, którzy prześliznęli się przez selekcję komunikacji marketingowej i tak naprawdę chcieli Porn Star Experience albo czegoś podobnego.

Problem polegał na tym, że każda z tych świetnych randek kosztowała mnie kawałeczek duszy. Malutki skrawek mnie zamieniony na walutę. Mechaniczne podejście do klientów było dla mnie niedostępne, ale też ma swoje skutki uboczne. Ja nie znienawidziłam klientów ani mężczyzn, nie zaczęłam zagłuszać emocji używkami – po prostu spotkania były coraz mniej energetyzujące. Dodatkowo co jakiś czas klient się we mnie zakochiwał i – nie mając dla niego miejsca w swoim życiu – musiałam złamać mu serce. Upokarzasz się płaceniem za miłość albo won, zapomnij. Not cool.

W końcu nie zostało skrawków duszy do przehandlowania na złotówki, euro i dolary, a ja nie poznawałam samej siebie. Ostatni klient, z którym spędziłam czas naprawdę wartościowo, jeszcze na poziomie „jakbyśmy znali się od dawna”, pisał do mnie zachwycone maile pełne emocji, a ja nie miałam cierpliwości ich czytać i odpisywałam jak automat. Wysłał mi nawet książkę, którą dla mnie napisał, bardzo poruszającą historię, którą słyszałam w skrócie na żywo. Moja reakcja „o nie, muszę to przeczytać przed kolejnym spotkaniem”. W końcu przeprosił za zawracanie głowy i stwierdził, że musi sobie poszukać prawdziwej dziewczyny w swoim kraju. Historia jak co dzień, tylko że normalna ja przepłakałaby pół dnia z empatii, a tamta ja – wzruszyła ramionami. Miałam wyrzuty sumienia, że mu nie odpisałam, ale i to mnie przerosło.

Parę miesięcy później – także za sprawą wydarzenia z tym panem – doszłam do ściany i rzuciłam wszystko w cholerę. Nie miałam już nic autentycznego do zaoferowania klientom i wolałam żyć w biedzie niż spotkać się z jeszcze jednym. Szczęśliwie miałam wtedy plan B i rewelacyjne, zespołowe wsparcie.

Od tamtej pory randki mam tylko z chłopakiem. Po różnych perturbacjach mamy seks z gatunku „kochamy się na misjonarza raz w tygodniu i jest świetnie”. Nie czuję się boginią, przed którą ludzie padają z zachwytu, ale też nie przejmuję się histerycznie wiekiem i kilogramami. Energię poznawania ciągle nowych ludzi zastąpiłam energią rozumienia się w pół słowa i wybuchania śmiechem z jego sucharów. Rozproszone kawałki duszy pozbierałam i zainwestowałam w związek. Jeśli dobrze pójdzie, spędzimy ze sobą całe życie. Nudne, stabilne i pełne wsparcia.

Wczoraj w nocy wydrukowałam tamtą książkę od ostatniego klienta, z którym naprawdę dobrze spędziłam czas. Podobno w opisanej historii zawarł coś cennego dla mnie. Świetnie mnie czytał, więc jestem ciekawa, co tam znajdę aktualnego. Oraz czy to kolejna pokrewna dusza poznana w ten sposób, czy może spełnił już swoją rolę, uświadamiając mi (dwukrotnie) koszty escortingu.

Jeśli uważasz post za wartościowy, możesz postawić mi kawę.

Zamów moją książkę

Zamów moją książkę

Your content goes here. Edit or remove this text inline or in the module Content settings. You can also style every aspect of this content in the module Design settings and even apply custom CSS to this text in the module Advanced settings.

Święta Ladacznica

Piszę o seksualności, relacjach i władzy – z perspektywy osoby, która zna opisywane światy i od środka, i teoretycznie. Przez kilka lat pracowałam jako escortka, równolegle prowadząc ten blog, który stał się jednym z ważniejszych głosów o pracy seksualnej w Polsce. Wydałam książkę „To tylko seks?!„, która jest odpowiedzią na 100 pytań zadanych mi przez czytelników bloga. Wróciłam po przerwie.

0 komentarzy

Wyślij komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *