Mój dobry kolega, który kończy studia z zarządzania i robi jakieś staże studenckie w korporacjach i z którym sporo rozmawiam o swojej pracy i jego studiach, ostatnio stwierdził całkiem serio, że jego zdaniem o marketingu itp. wiem więcej niż niejeden kiepski menedżer zatrudniony w poważnej firmie. Oczywiście jego ekspertyza nie jest super wiarygodna, a porównanie do “kiepskiego menedżera” niezbyt budujące, ale to taka miła ilustracja, że sprzedając seks na własną rękę, nie stoję w miejscu – oraz potwierdzenie tego, że to dobry początek kariery jako bizneswoman.
Gwoli uczciwości, nie działam tak zupełnie sama. Mam coś w rodzaju darmowych mastermindów i analizujemy sobie czasem we dwoje, co robię dobrze, a co mogłabym poprawić oraz jak zareagować na zmiany na rynku usług seksualnych.
Ostatnio mieliśmy zabawną rozmowę, bo z głupia frant rzuciłam pomysł otworzenia w Warszawie pewnego miejsca na poziomie z zupełnie neutralnej branży, a mój rozmówca na to, że nie ma kultury, nie ma popytu, to na siebie nie zarobi i – “wyobraź sobie, że otwierasz luksusowy burdel, wielka, piękna przestrzeń, usługi wysokiej klasy, wysokie stawki…”. Cóż. Oboje świetnie wiemy, że przez chwilę w takim miejscu pracowałam: było bardzo przyjemnie, ale ani ja nie mogłam się utrzymać, ani firma nie dała rady przetrwać. Nawet znalezienie pracownic na odpowiednim poziomie graniczyło z cudem.
– Może chcesz u nas pracować? – zapytałam kiedyś koleżankę koleżanki, która nas odwiedziła pod nieobecność menedżerki. Była ładna, młoda, inteligentna, kulturalna…
…i niezależna.
Odmówiła. Nie minęły dwa tygodnie, a zrozumiałam dlaczego i sama odeszłam.
To smutne, ale często/przeważnie/zawsze (?) najlepiej zarabia się na chłamie oraz usługach i produktach przeciętnej jakości. Koneserów i bogaczy, którzy zapłacą więcej i będą żądali jakości jest ograniczona ilość, a resztę zadowoli byle co i jeszcze będą się upierali, że ten chłam jest zarąbisty.
Teoretycznie to rozumiem, ale kiedy przychodzi co do czego i próbuję postawić pierwsze kroki w nowym biznesie, włącza mi się perfekcjonizm. Nie umiem wyprodukować chłamu. Ja nawet nie rozumiem oczekiwań ludzi, którzy tego chłamu pożądają. Nie umiem się wstrzelić w oczekiwania. Gdybym pisała powieść i miała ku temu talent (a niestety nie mam), skończyłabym jak mój były. “Proszę pana, to jest znakomite, cudowna rzecz, ale to się nie sprzeda, ludzie tego nie zrozumieją. Z żalem musimy odrzucić pańskie dzieło”.
Miałam w Sylwestra ambicje, żeby w tym roku przenieść się do bardziej luksusowego apartamentu, zainwestować w wygląd więcej pieniędzy (nie, nie mam na myśli spalenia się na solarium i silikonów ;)) i podnieść stawki, ale już widzę, że to się nie sprawdzi. Znowu się nie wstrzelę. Gdybym miała 18-21 lat, to może. Ale apartament z widokiem na Pałac Kultury i kilku klientów na godzinę dziennie (codziennie) to nie do końca moja bajka, szczególnie w obliczu zmian w polskiej gospodarce (ludzie wydają zauważalnie mniej pieniędzy), a podniesienie stawek się wyraźnie nie sprawdziło.
Kombinuję dalej.

0 komentarzy