Dzisiaj pierwszy raz trafił mi się klient, przy którym nie było chemii. Po prostu nie. Może dlatego, że przypominał mi mojego byłego chłopaka, a może z innego powodu, nieważne. W każdym razie leżałam przy nim i świadomie koncentrowałam na tym, by – mimo że wcale mnie nie podniecał – dać mu tyle przyjemności, ile potrafiłam.
Było to dość trudne i skończyłam niezadowolona z siebie, bo jestem pewna, że człowiek odczuł, że to tylko mechaniczny seks, że nic się między nami nie dzieje głębszego, ale gdzieś tam po drodze pomyślałam sobie, właśnie przy nim, że lubię to robić. Że klęczenie przed mężczyzną, który płaci za zaspokojenie jego potrzeb seksualnych, jest dla mnie zupełnie w porządku – przynajmniej dopóki mężczyzna ten jest w porządku wobec mnie. Że gdy nie ma chemii, to po prostu usługa, taka sama jak masaż.
Byliśmy dla siebie mili. Uśmiechaliśmy się do siebie uprzejmie, jak dwójka nieznajomych (kolejne, co mogłoby wyglądać inaczej, mogłam stworzyć lepszą atmosferę), dawaliśmy sobie przyjemność wzajemnie, podziękowaliśmy sobie na zakończenie i ładnie pożegnaliśmy.
W trakcie myślałam sobie, że to fajny facet, że pewnie dla niego to też jest w pewnym sensie trudne, że mi ufa. Miał sympatyczną twarz.
Znowu zrobiłam ileś błędów początkującej i starsza koleżanka wyjaśniała mi cierpliwie, że łazienkę po gościu sprawdzam i sprzątam od razu, jak tylko gość z niej wyjdzie. O dziwo, w ogóle mnie to nie zestresowało.
Było OK.

0 komentarzy