Niedziela. Szósta rano. 3 stopnie Celsjusza.
Wysiadam z taksówki. Zamszowe kozaczki na szpilkach, leciutki i niepraktyczny płaszczyk, malutka torebka. Rozmazane resztki makijażu (w torebce nie zmieścił się płyn do demakijażu).
– Papa, kochanie – mówię do przemiłego pięćdziesięciolatka. Spędziłam z nim noc. Drinki, dyskusje i seks, potem sen, a potem znowu seks (700 zł). – Dziękuję za podwiezienie.
Taksówka odjeżdża, a ja wracam raźnym krokiem do agencji, gdzie zostawiłam wszystkie swoje rzeczy (zbędne drobiazgi, takie jak iPad czy klucze do mieszkania).
Czuję się dużą, niegrzeczną dziewczynką.
Czekając na windę (to aż 1. piętro, nie będę właziła w tych szpilkach po schodach jeśli mogę tego uniknąć), przypominam sobie naszą noc.
Było miło. Och, bardzo miło.
Myślę sobie, że nigdy nie miałam okazji pobyć dużą niegrzeczną dziewczynką.
Małą niegrzeczną dziewczynką – tak. W podstawówce poszłam sobie kiedyś na trzytygodniowe wagary, a nauczycielkom udowadniałam, że się mylą.
Dużą dziewczynką też już sobie pobyłam. Bywałam w życiu dzielna, silna, niezależna. Radziłam sobie z przeciwnościami losu i nie narzekałam (zanadto. To Polska).
Dużą niegrzeczną dziewczynką nie byłam nigdy.
Aż do teraz.

0 komentarzy