Miałam kiedyś znanego bloga, wydałam książkę, pojawiałam się w mediach, dorobiłam się osób, którym wydawało się, że mnie uwielbiają. Równocześnie odrzuciłam dziesiątki propozycji współpracy z różnymi podmiotami. Część z nich to były współprace medialne. Nie wystąpiłam u Janka Pospieszalskiego, w iluś programach radiowych i podcastach, w książce o camgirls (?!) itd.
W 2019 jakaś telewizja bardzo chciała wyprodukować kontrowersyjny serial paradokumentalny ze mną w roli jednej z bohaterek. Byłabym aktorką na planie udającym moje mieszkanie, opowiadającą wraz z jakimś innym aktorem o naszym pseudozwiązku. A także aktorką odgrywającą spotkanie intymne z jakimś innym aktorem, który miałby być takim niby klientem i odstraszyłby mi dziesiątki innych klientów, tym razem prawdziwych. Chyba że wszystko byłoby autentyczne: chłopak, mieszkanie, klient.
Postawili mi kawę, porozmawialiśmy o projekcie. Byli bardzo mili, przekazywali informacje i pomysły w bardzo entuzjastyczny sposób. Odpowiadali chętnie na moje pytania, świetnie się dogadywaliśmy. Wszystko brzmiało bardzo atrakcyjnie. Tak atrakcyjnie, że ktoś inny nie zapytałby o wynagrodzenie. Ja zapytałam. A potem powiedziałam, że potrzebuję się namyślić. I zaczęłam się zastanawiać.
Kasa za wystąpienie. Kusi.
Fejmu dużo. Kusi.
Bycie „kimś” przez jakiś czas. Kusi.
Przygoda na planie filmowym. Kusi.
Współpraca ze znanymi ludźmi. Kusi.
Możliwość powiedzenia wielu ważnych rzeczy do kamery. Kusi.
Szansa na promocję, na kolejne wystąpienia medialne, może nawet kolejne płatne współprace. Kusi.
Rozpoznawalność w całej Polsce. Kusi…?
Rozpoznawalność sprawiła, że cała reszta straciła jakiekolwiek znaczenie. Bo czy chcę być całe życie znana z tego, że pojawiłam się w domach milionów Polaków jako kobieta sprzedająca seks?
Nie chciałam, a x – xx tysięcy złotych nie było satysfakcjonującym wynagrodzeniem za sprzedaż TAKIEGO wizerunku.
Na którym stacja zarobiłaby DUUUUUUŻO więcej. Wielkie podmioty zawsze zyskują więcej. Seks się świetnie sprzedaje. Płatny seks sprzedaje się jeszcze lepiej.
Na tym polega problem z byciem celebrytką od seksworku. Dostarczasz innym korzyści (często wymiernych korzyści finansowych) w zamian za to, że publiczność zapamięta cię jako tę, co dawała dupy / pokazywała dupę. I wyrazi swoje zdanie w sieci. To, co powiesz, nie będzie miało większego znaczenia dla większości z nich. Z perspektywy wielu lat, gdy kolejny obcy człowiek powie „ja cię skądś znam” – także dla ciebie. Nawet fani o tobie zapomną lub odwrócą się, kiedy inaczej powieje wiatr. Za to może przyplącze się jakiś stalker albo inny natręt z obsesją. I będą rosły oczekiwania wobec ciebie.
Nigdy nie byłam wielką gwiazdą. Jednym z powodów jest to, że na małą skalę znam to wszystko aż za dobrze.
Kiedyś bardzo lubiłam być znana, bo dawało mi to chwilowe poczucie, że jestem wartościowa. Teraz widzę więcej wad niż zalet opatrywania kompleksów fejmem, a poczucie własnej wartości buduję na terapii.

0 komentarzy