Po latach huśtawek nasz związek jest partnerski z elementami BDSM w sypialni i flircie. Prund, krępowanie, zabawy z bólem i kontrolą. To mniej więcej ten poziom, do którego ewentualnie dojdzie para, która zechce otworzyć się na nowe praktyki w łóżku i zastosuje się do zasad bezpieczniejszego BDSM powtarzanych przez seksuologów.
Ostatnio przypomniałam sobie siebie sprzed dwudziestu lat i odkryłam, że to jest dokładnie to, czego realnie chciałam jako młoda dziewczyna. Owszem, od najwcześniejszych lat życia miałam bardzo brutalne fantazje (pracowicie wypierane), ale kiedy fantazjowałam o tym, co dzieje się w relacji z najbliższą mi osobą, przybierały znacznie delikatniejszy kształt. Wiedziałam wtedy, że w związku nie chciałabym być traktowana tak, jak w moich fantazjach – i miałam taki związek.
Przypomniałam sobie również, że kiedy w wieku 18 lat spotkałam dwukrotnie starszego mężczyznę, z którym obopólnie zaiskrzyło, zmierzyłam się z „on mógłby być moim ojcem!” vs. „CHCIAŁABYM, żeby nim był” i zaproponowałam mu, żeby został moim ojcem chrzestnym. Błyskotliwe. Przetrawił sprzeczne emocje, zgodził się (który gorliwy chrześcijanin by odmówił!) i dosłownie miesiąc później związał z rówieśniczką. Nadal są małżeństwem. Przez wiele lat byli dla mnie punktem odniesienia, jak funkcjonuje dojrzała, szczęśliwa para dwojga ludzi.
Potem związałam się na wiele lat z bardzo fajną dziewczyną. Myślałam, że to będzie na całe życie, ale nie wyszło. Było partnerstwo, były kinki, była monogamia – ideał.
Tak więc czemu moje życie było finalnie pełne luźnych związków z dużo starszymi mężczyznami i ostrego BDSM jako fundamentu relacji? Dlaczego dopiero związek z Ernyksem jest manifestacją tego, czego szukałam od życia w młodości? Co wydarzyło się po drodze?
Zrobiłam sobie wczoraj smutną analizę chronologiczną kolejnych relacji i tego, jak mnie zmieniały poprzez lekcje, jakie wyciągałam z nich na przyszłość. Uogólniłam wnioski.
Wyszło mi, że wszystko jebło wtedy, kiedy rozpadł się mój pierwszy związek, a potem w krótkim tempie doświadczyłam iluś traum i odrzuceń. Świat powiedział mi dosadnie, że nie jestem dość dobra, żeby ktoś chciał być ze mną w takim związku, jaki mi się marzył. Poszłam więc na parę dotkliwych kompromisów.
Luźne poliamoryczne związki – bo związek z tamtą dziewczyną skończył się jej kolejną zdradą i złamało mi to serce. Czułam się bardzo samotna, nie mogłam nikogo znaleźć i właśnie wtedy w moim życiu pojawiła się obietnica, że wejście w relację z trojgiem ludzi jednocześnie tę samotność zakończy.
Zakończyło się katastrofą, ale właśnie wtedy poliamoria stała się głośna i uwierzyłam, że jak wprowadzi się pewne zasady, to wszystko będzie dobrze.
Próbowałam kilkakrotnie. Za każdym razem kończyło się tak samo: okazywało się, że jedna z osób dostaje znacznie mniej niż była skłonna się zgodzić. Zwykle tym kimś pokrzywdzonym byłam ja, ale ostatnie podejście zakończyło się zranieniem mężczyzny, który odkrył, że mimo kilku lat bycia razem dostaje mniej zaangażowania z mojej strony, niż na dzień dobry dostał Ernyks. Głupio mi z tego powodu.
Realizacja daddy issues – bo wieloletnia przyjaźń z tamtym mężczyzną zakończyła się konfliktem na tle światopoglądowym (ja: prawa osób LGBT, on: Marsze Niepodległości), a później nigdy nie natrafiłam na podobnego człowieka.
Wszyscy inni dojrzali mężczyźni oczekiwali transakcji wymiennej: oni będą mi imponować, opiekować się mną, dawać profity ze swojej wiedzy i dojrzałości, ale w zamian mam być ich kochanką aka dużo młodszą partnerką. Bo bez seksu to po co.
O tych oczekiwaniach mężczyzn przekonałam się, kiedy facet (miał 30 lat więcej niż ja wtedy) zachowywał się jakby naprawdę chciał się mną opiekować – tylko po to, żeby finalnie strzelić focha, kiedy spierdoliłam w ciężkim szoku po tym, jak znienacka mnie pocałował. Wcześniej nie miałam pojęcia, że on mógłby chcieć czegoś w zamian i że jego opiekuńczość to uwodzenie mnie, bo autystyczny mózg na to nie wpadł, nikt nigdy mnie o tym nie uprzedził wprost, a jedyny przykład z życia mówił coś zupełnie przeciwnego.
Potem nauczyłam się, że skoro realia są jakie są, to trudno. Byłam samotna i miałam potrzeby seksualne oraz spore braki emocjonalne (nieobecny tatusiu, pozdro), a poza tym w środowisku lewicowym nabyłam przeświadczenia, że „on mógłby być w twoim wieku!” to jakieś ograniczenie konserwatywnego społeczeństwa, więc dlaczego nie.
Ostatni partner był wobec mnie naprawdę w porządku. Tym bardziej boli, że nie miał szans z mężczyzną z mojego rocznika.
Relacje BDSM – bo z nikim nie wypaliła mi partnerska relacja, a tam, gdzie były jej pozory, facet bał się realizowania moich subtelnych kinkowych potrzeb.
Nauczyłam się jednak przypadkiem, że wchodzenie w realizację moich ostrzejszych BDSM-owych fantazji jest dla wielu innych mężczyzn bardzo atrakcyjne – przyciąga ich do nich i sprawia, że zostają. O ile jestem odpowiednio uległa i zaangażowana we wspólne eksplorowanie tej króliczej nory.
Dodatkowo świat BDSM kierował się jasnym zbiorem reguł (ideał dla zdezorientowanego społeczeństwem autystycznego mózgu), był niezwykle przyjemny estetycznie, był bezpieczny [złudzenie] i wydawało się, że wszystko w nim działa i ludzie są generalnie szczęśliwi. Zawierał też mnóstwo inspiracji, jakie jeszcze fantazje można by chcieć zrealizować, z których czerpałam garściami aż nie okazało się, że zrealizowałam już wszystkie.
Podsumowując, nie chciałam (nie umiałam) być sama, ale przez wiele lat z nikim w moim wieku nie byłam w stanie stworzyć stałego monogamicznego związku opartego na partnerstwie, o elementach BDSM nie wspominając. Autentycznie nie spotkałam przez wiele lat nikogo, z kim by to wypaliło. Doświadczyłam za to wielu bolesnych odrzuceń i zauważyłam furtki, dzięki którym nie musiałam godzić się na samotność.
Spotkałam jednak M. (oczywiście sporo starszego), z którym był świetny kinkowy seks i się świetnie dogadywaliśmy, więc myślałam, że to będzie coś na dłużej. Wprawdzie okazało się, że ma żonę, ale wszystko jest OK, bo jest w otwartym małżeństwie. No dobrze, poliamoria jest przecież OK. Co z tego, że nie jestem dla niego najważniejsza, jestem dosyć ważna. Jestem dla kogoś ważna!
Trochę nie pasował mu mój autystyczny styl przeżywania wielkich emocji i za każdym razem się wycofywał, ale im bardziej znajdowałam różne praktyki BDSM, które wydawały się spełnieniem moich fantazji, tym bardziej on chciał jednak ze mną być.
Byłam kochanką idealną i nie mógł się mi oprzeć.
I tak to dalej poszło.
Kompromisy nie tyle bolały, co trochę uwierały. Można było ignorować, że żadna z relacji nie pasuje do moich osobistych standardów, bo tak jakby zapomniałam, że w pierwszym związku było zupełnie inaczej. Przyjęłam, że obowiązują inne zasady gry i się dostosowałam.
W dodatku przekraczanie kolejnych mikrogranic wytyczonych przez społeczeństwo dla ludzi jak ja było łatwe. Nie było alarmu „popełniasz błąd!”. Nikt nie przychodził mi tłumaczyć, że łamanie norm jest dla mnie niekorzystne, że na pewno chciałam czegoś innego. Łatwe – i nagradzające, bo nie byłam sama. Samotność i nadzieja, że jednak kiedyś znajdę kogoś odpowiedniego, były trudniejsze. Zbyt trudne.
A potem okazało się, że Ernyks sam ma takie standardy i zupełnie nie wiedziałam, co z tym zrobić. Mówił mi też dziwne rzeczy w rodzaju, że ja wcale nie chciałabym, żeby on miał inną partnerkę („nie no co ty, oczywiście, nie będę cię ograniczać”) czy że nie odpowiada mi związek M/s („ależ to spełnienie moich fantazji!”).
Fantazji – tak. Potrzeb – nie bardzo.
Mózg wybuchł mi w momencie, w którym powiedział, że nie chce innej kochanki, bo są rzeczy ważne (potrzeby seksualne) i ważniejsze (związek ze mną). CO??? JA JESTEM NAJWAŻNIEJSZA?! ALE JAK TO…?!
To było kilka lat temu. Standardy związek jako priorytet – partnerstwo – monogamia – kinki jako dodatek, a nie fundament są już dla mnie czymś oczywistym, a nie jakimś wygórowanym roszczeniem, z którym należy sobie poradzić, pracując na przykład nad zazdrością, zaborczością czy czerpaniem szczęścia z tego, że Pan jest szczęśliwy.
Po raz pierwszy od dawien dawna czuję się w związku bezpiecznie – że drobny problem nie oznacza, że mogłabym zostać sama, bo na pewno gdzieś indziej jest ktoś fajniejszy niż ja.
I dopiero na tym etapie przypomniało mi się, że dokładnie tego kiedyś chciałam od związku.

0 komentarzy