Absolutnie rzygam założeniem, że jak kobieta doświadczyła gwałtu, to na pewno ma traumę forever, długimi latami dochodzi do siebie, te blizny się nigdy nie zagoją, to dla niej wyrok.
Każda kobieta, bez wyjątków.
(Czyli skoro doświadczyłaś właśnie gwałtu, to masz przesrane i możesz już owinąć się prześcieradłem i popełznąć w stronę najbliższego cmentarza, bo na 100% czeka Cię dożywocie z tą traumą).
(Rzygam przy okazji afirmowaniem „to ok że tak masz” czy nieustannymi emotkami „trzymaj się” jak piszę komuś, że też przez coś przeszłam, żeby dodać jemu otuchy, czy że „nie wyobrażam sobie jakie to dla ciebie musi być trudne”).
Kiedy jeszcze nie zaczęłam dochodzić do siebie po najgorszej traumie seksualnej w moim życiu (słowa kluczowe „sekta”, „harem”, „psychopata” „miesiące manipulacji”), usłyszałam opowieść innej osoby, która doświadczyła gwałtu. Ze szczegółami. Osoba ta powiedziała mi, że było, bolało, pozbierała się, doświadczenie prawie do niej nie wraca, a jak wraca, to bez bólu.
Brzmiało niewiarygodnie, NO BO JAK TO TAK, dojść do siebie po gwałcie?! Przecież wszyscy piszą co innego!!! Może jednak wyparcie?
No ale dobra, uwierzyłam. Bo doszłam do wniosku, że wiara w wyzdrowienie mi się kalkuluje bardziej niż brak wiary.
Minęło 10 lat, z czego jakaś połowa była dosyć burzliwa.
Po tej konkretnie traumie jeszcze nie całkiem doszłam do siebie. Jeszcze się tu i ówdzie odzywa, choć już umiem o niej opowiadać na wiele sposobów. Jeszcze czasami objawiają się na terapii lub zupełnie obok niej jakieś nowe warstwy. Ostatnio była to skala doświadczonej manipulacji.
Ale inne traumy się zagoiły albo są na bardzo dobrej drodze do zagojenia się, a jeden gwałt spowodował u mnie, hm, tydzień czy dwa zwiększonego dbania o siebie i to wszystko?
Tak samo jak nie ruszają mnie alkoholicy w rodzinie, nie ma to na mnie bieżącego wpływu – mam jedynie część jakichś starych schematów, na przykład nie za dobrze rozpoznaję początki uzależnienia.
Z kolei jeśli chodzi o sektę, to spotkałam jakiś czas temu osobę, która była w miejscu, w którym ja bym najpewniej była, gdyby nie życiowa zwrotnica, jaką okazało się tamto doświadczenie.
Niby spełnia swoje marzenia. Niby to były moje marzenia.
Kurczę, nie zamieniłabym się.
Moje życie satysfakcjonuje mnie bardziej, z bardzo, bardzo wielu powodów, włącznie z byciem bardziej sobą, a dużo mniej produktem oczekiwań społecznych.
Tylko być może, ze swoim uporem jako jedną z wiodących cech, w życiu nie znalazłabym się na tej ścieżce, gdyby nie całkowity wstrząs, jakim była sekta.
„Biedna jesteś, czuję twój ból, twoje doświadczenie zostanie z tobą na zawsze”.
Obejrzałam ostatnio historię, w której nieprzyzwoicie bogatego i rozpustnego, skrajnie nieopowiedzialnego faceta – producenta najnowocześniejszej broni – porywają jacyś terroryści z Afganistanu, okaleczając go przy okazji tak, że otarł się o śmierć.
Torturami zmuszono go do współpracy przy wytworzeniu takiej broni, która umożliwiłaby terrorystom przejęcie kontroli nad rejonem, a kto wie, co byłoby dalej.
Narażając się na śmierć, facet ukradkiem skonstruował – zamiast wymaganej broni – coś, co pozwoliłoby mu uciec prześladowcom. Wrócił do domu.
Traumatyczne doświadczenie zostało z nim na zawsze, ponieważ całkowicie go odmieniło. Ludzie wokół cackali się nad nim, bo pewnie ma PTSD, pewnie potrzebuje odpocząć, odsuńmy go od obowiązków… Było to przedstawione w filmie jako coś bardzo irytującego.
Koleś w odpowiedzi na traumatyczne doświadczenia został filantropem i superbohaterem, który nie raz uratował cały świat.
Przy czym oczywiście zaczął od rozpierdolenia swoich prześladowców.
To już troszkę stary i bardzo głośny film, więc pewnie wiecie, o kim mowa.
Ludzie bardzo różnie reagują na traumy. To wie wielu ludzi.
Dlaczego więc kobieta, która doświadczyła przemocy, ma być biedną ofiarą i kropka, a mężczyznę przedstawia się najczęściej jako tego, co rozpierdala potem wroga?
Dlaczego są głosy, że mężczyźni też płaczą, mogą mieć depresję, PTSD itd., ale tak mało jest głosów, że można się wygrzebać po gwałcie?
Dlaczego moja bańka zawsze podrzuca wtedy „Jessicę Jones”?
Czemu Sansa Stark wydaje się wielu ludziom niewiarygodna?
Czemu szacunek do ofiary gwałtu obejmuje obowiązkowe użalanie się nad nią? Co jeśli ta konkretnie osoba nie tego potrzebuje?
Historii o dojściu do siebie nie usłyszałam od kobiety.
Za to w dojściu do siebie pomagają mi zarówno poważne, głębokie rozmowy, jak i heheszki, w tym zwłaszcza „a ten nowy [ktokolwiek, ale zwłaszcza terapeuta] usłyszał już o Iksińskim? nie? zazdroszczę!”
(I’ve had to listen to that for centuries!)
Wspominałam, że ludzie są różni?


0 komentarzy