Praca seksualna pozwoliła mi poczuć się kobietą pożądaną. Do perfekcji opanowałam uwodzenie, uśmiechanie się wdzięcznie, bycie miłą bez względu na wszystko. Nosiłam ciuchy za kilka tysięcy złotych łącznie: luksusowa bielizna, markowe buty i torebka, ubrania prosto z lepszych sklepów. No i kosmetyki obowiązkowo z perfumerii, żaden Rossmann. Klienci ślinili się na mój widok, a nawet ustawiali sobie moje zdjęcia jako tapetę.
Empowerment? Poniekąd. Czułam się silna. Kontrolująca.
Byłam fantastyczną „pick me girl”, bo to zarabiało pieniądze. Miałam gdzieś życiowe partnerki tych wszystkich mężczyzn, bo przecież to był tylko biznes. Możliwe, że nawet obwiniałam je trochę o to, że moi klienci szukali czegoś ekstra.
Bardzo kurwa feministyczna praca. Siostrzeństwo pełną gębą i zero, zero wspierania mokrych snów patriarchatu.
Kobieta, która ubiera się dla mężczyzn, która jest dla nich zawsze dostępna, która nigdy nie ma złego nastroju i nie obżera się chipsami w dresie podczas PMS, rycząc „miałeś mi kupić czekoladę z ORZECHAMI, nie gorzką!!!”. Którą można zamówić jak pizzę z dostawą prosto do domu, gorącą i zawsze tak samo pyszną, a po wszystkim dać jej znać, że ma się ewakuować. Żadnych zobowiązań.
A wszystko, co masz w zamian, to pieniądze i satysfakcja, że na ciebie leci.
Jakie to wszystko płytkie. Bierzemy jeden z aspektów kobiecości i zamieniamy go w jej kwintesencję.
Najbardziej w kobiecej energii czuję się teraz. Z potarganymi włosami, w narzuconej letniej sukience, miękkiej i wygodnej. Zero makijażu, niepomalowane paznokcie. Jestem w swoim domu, sama, mogę wszystko, nic nie muszę. Mam przestrzeń na autentyzm i realizację hobby. Nie przeglądam się w niczyich oczach. Moja samoocena nie zależy od tego, jakie wrażenie robię na setkach obcych mężczyzn.

0 komentarzy