Szykuje mi się właśnie wyjazd za granicę z panem, z którym kilka tygodni temu miałam przyjemność spędzić weekend. Pan co prawda rozpoczął już siódmą dekadę swojego życia, co czyni go jednym z moich najstarszych kochanków, ale jest przesympatyczny, doskonale się dogadujemy, a i w łóżku absolutnie nie mam na co narzekać.
Ostatnio miałam też orgię z panem, którego już dobrze znam i jego przyjacielem. Obaj panowie zaprosili po jednej znajomej pani, tak więc była nas w hotelu piątka. Niczym się to nie różniło od czworokątu. Trójkąt ma swoją specyficzną dynamikę 2+1, ale pięciokąt to już po prostu 4+. Z doświadczeń grupowych brakuje mi jeszcze gangbangu. Przynajmniej trzech panów równocześnie – tego jeszcze nie doświadczyłam.
Nie wróciłabym już nigdy do agencji, co najwyżej sprofesjonalizowałabym własne niezależne usługi. Cieszę się z tego, że mogłam wejść do branży asekurowana przez szefową, kierowcę i koleżanki, bo dużo mi to dało: uniknęłam wielu błędów, miałam od kogo się uczyć, mogłam bezpiecznie skonfrontować wyobrażenia z rzeczywistością. Równocześnie jednak trochę mnie to zmęczyło. Dzień w dzień jedź do pracy, odbieraj takie same telefony, inkasuj kwotę, dawaj panu ręczniczek i wyrzucaj po godzinie – to nie jest mój styl. Nienawidzę rutyny, a szefowa, która nie jest liderką tylko poganiaczem niewolników, w każdej pracy będzie taka sama. Agencja to po prostu mała firma, w której zarabiasz nie tylko na siebie, ale i na nowe buty tego, kto jest nad tobą, a twoje wyniki bezpośrednio przekładają się na „być albo nie być” cudzego biznesu (a więc i bat nad głową). I gdzie nie możesz nic poradzić na to, że kto inny nie potrafi zarządzać biznesem.
Lepiej mi teraz, kiedy za wszystko odpowiadam sama i kiedy rozliczam się tylko przed samą sobą. Poprzedni miesiąc był dość kiepski, bo trochę się leniłam, a trochę chorowałam – podeszłam do tego wyrozumiale, ale w tym staram się nie robić sobie bez potrzeby dni wolnych, bo cyferki w Excelu muszą się zgadzać. Nieprzewidziany wydatek pogorszył sytuację, ale kryzysu nie ma.
Finansowo radzę sobie zdecydowanie lepiej teraz, kiedy wprawdzie mam znacznie mniej klientów, ale sama ustalam stawki oraz zachowuję dla siebie całą kwotę. Ile zarabiam miesięcznie? Od trzech do pięciu tysięcy złotych, z czego do 20% zawsze inwestuję w wygląd (dobre kosmetyki, ładne ubrania). Sporo pieniędzy oddaję innym (spłacam pożyczki i wspieram kogoś finansowo), więc dla mnie zostaje nie tak wiele. Jadam skromnie, ale wyjście na kawę z koleżanką wreszcie nie jest problemem. I pomyśleć, że rok temu, kiedy zaczynałam pracę w agencji, tkwiłam po uszy w poważnych tarapatach…
A jak się ma moja psychika? Lepiej niż rok temu. Znacznie lepiej. Ustabilizowanie sytuacji materialnej przełożyło się na zdrowie, na relacje z bliskimi… Mam życie pod kontrolą i zmierzam do wyznaczonych celów – powoli i bez nerwów, ale wytrwale.
Nie pamiętam, kiedy ostatnio cieszyłam się takim komfortem. Chyba w dzieciństwie.
Świat usług seksualnych jest dziwny. Bardzo łatwo można stoczyć się na samo dno. Dać sobie wmówić, że jest się szmatą, że się sprzedaje, że się nie ma godności, zapić to alkoholem i zaćpać narkotykami, a cały dochód przepuścić. Ale można też dość szybko zasypać największe przepaści pomiędzy sobą a innymi, lepiej sytuowanymi ludźmi. Mnie los poskąpił bogatych rodziców, hojnie natomiast obdarzył problemami. Walczyłam o własne szczęście jak mogłam konwencjonalnymi metodami, sporo się przy tym ucząc, aż w końcu wskoczyłam w prostytucję. I wszystko wskazuje na to, że wychodzę na prostą. Co ciekawe, gdybym posłuchała tego głosu kilka lat wcześniej, mogłoby mi to zaszkodzić. A teraz… tak jakby dorosłam do tego, co robię. I naprawdę dużo zyskuję.

Ach… jaki kolejny cudowny emocjonalny wpis…