O co chodzi w mentalnej zgodzie?
Taka zwyczajna zgoda na seks to za mało. Zgadzam się na seks oferując go, zjawiając się na spotkaniu i nie stwierdzając w trakcie „przepraszam, ale…”. Co przy tym sobie myślę – o sytuacji, o swojej roli w tym, o kliencie – to zupełnie inna sprawa.
Wewnętrzne przyzwolenie na to, co się dzieje, jest kluczowe w mojej pracy.
Ktoś, kto nie oferuje seksu za pieniądze, przeważnie się nad tym nie zastanawia. Po prostu CHCE seksu. Albo nie chce i wtedy go nie ma. Albo jest seks pomimo braku chęci i wtedy jest poważny problem. Szczególnie gdy jednocześnie nie było zgody.
W branży seksualnej zgoda na seks pomimo braku ochoty jest chlebem powszednim wielu dziewczyn i chłopaków.
Często to zgoda wbrew sobie, wbrew własnym uczuciom i monologowi wewnętrznego, który jest mniej więcej taki „ble, co za typ, niech szybko skończy i sobie idzie, fu”.
Taki monolog jest znacznie częstszy jeśli się nie lubi swojej pracy. To zrozumiałe. Każdy, kto pracuje wbrew własnym chęciom, zna ten typ postawy i myślenia. W branży seksualnej niechęć może być jeszcze silniejsza.
Ale ten problem prawie mnie nie dotyczy.
Lubię swoją pracę i przyciągam sympatycznych klientów. Bardzo często seks z nimi jest przyjemnością.
Jednak na tę przyjemność trzeba się otworzyć.
Czasami myślę sobie, że w mojej głowie mam ukryty pstryczek, którym przełączam się z „no dobrze, możemy to zrobić, taka praca” w „jest fajnie, podoba mi się!”. Wtedy wychodzę z roli i autentycznie zaczynam współuczestniczyć w przeżywaniu przyjemności, podoba mi się sprawianie jej drugiej osobie i po prostu mam dobry seks z kimś, kogo zdążyłam polubić.
Włączenie pożądania i przyjemności – prowadzącej czasami, ale niekoniecznie, do orgazmu – przy kliencie sprawia wyzwanie o tyle, że łączy się z odsłonięciem. To już nie jest chłodny profesjonalizm, to autentyczne emocje i doznania, swego rodzaju słabość. Sytuacja robi się wtedy naprawdę intymna!
Takie przełączenie pstryczka w głowie sprawia, że naprawdę mam satysfakcję ze swojej pracy. Równocześnie akceptowanie tej pracy ułatwia przełączenie się – bo przecież trudno byłoby przeżywać to wszystko, gdybym z niesmakiem myślała, że to najgorsze, co można w życiu robić i (cytując moją koleżankę z agencji) już kradzież jest lepsza niż to.
Całość ma duży związek z przekonaniami na temat seksu. Klienci lubią różne rzeczy.
Czasami trafi się fetyszysta stóp, który będzie całował moją pończochę, innym razem ktoś będzie używał mnóstwa wulgaryzmów i oczekiwał, że będę na nie odpowiadała („tak, jestem suką” itp.).
Nazajutrz kolejny zechce seksu oralnego w moją stronę albo głębokiego gardła.
Któryś z kolei zechce seksu na biurku w swojej opustoszałej firmie.
I to wcale nie wyczerpuje bogatego wachlarza pragnień mężczyzn…
Mogę myśleć, jak typowa Polka, że to zboczone, wstrętne, poniżające itp., ale wtedy nie uda mi się przeżywać przyjemności ze współuczestniczenia w takim seksie.
Mogę też ich po prostu zaakceptować. Razem z ich najdziwniejszymi pomysłami.
Kilka razy wprost powiedziałam, że czegoś nie robiłam, ale chętnie spróbuję, bo może być fajnie. Zawsze chodziło o jakiś fetysz. I rzeczywiście, dobrze się bawiłam.
Seks jest przyjemny.
Moja praca jest całkiem w porządku.

0 komentarzy