Przeczytałam kiedyś w mądrej książce (notabene autorstwa byłej prostytutki, Valerie Tasso), że jeżeli ktoś myśli, że dziewczyna może sprzedawać siebie, to automatycznie stawia siebie na pozycji tego, kto może (choć niekoniecznie chce) ją kupić.
Ta myśl utkwiła mi w głowie, na zawsze wyrugowując z niej resztki stereotypu o „sprzedawaniu siebie” czy „sprzedawaniu swojego ciała”.
Sprzedaję różne rzeczy. Na przykład swój czas, doświadczenie i energię – w tym nie różnię się od żadnej specjalistki, od analityczki finansowej poczynając, na fizjoterapeutce skończywszy. Sprzedaję czasowy dostęp do swojego ciała – choć jest to obwarowane pewnymi zastrzeżeniami. Przede wszystkim jednak sprzedaję seks.
Sprzedawanie seksu to sprzedawanie przyjemnego doświadczenia drugiemu człowiekowi. To stworzenie odpowiedniej atmosfery, zatroszczenie się o drugą osobę i jej przeżycia, zaoferowanie komuś bliskości fizycznej, zrozumienia i akceptacji. Zawsze jest w tym trochę gry aktorskiej, trochę podrasowania obrazka poprzez chociażby ukrycie niesmaku czy zostawienie złego dnia za drzwiami.
Paradoksalnie mało w tym mnie. Większość „siebie” również zostawiam za drzwiami. Klienta przecież nie obchodzi, że boli mnie ząb czy że chłopak mnie rzucił, a rybka złamała sobie płetwę.
Wbrew powszechnemu stereotypowi klient nie staje się moim właścicielem, a ja nie jestem jego niewolnicą na godziny. Nie działa to też w drugą stronę. Jesteśmy dwojgiem niezależnych, obcych sobie, dorosłych ludzi połączonych jakąś transakcją i tym czymś nieuchwytnym, co dzieje się między nami w czasie trwania usługi.
Nawet w trakcie płatnej sesji BDSM nie dochodzi do handlu człowiekiem i cały czas mamy równe prawa.
Jeżeli klientowi wydawałoby się inaczej, to znaczy, że dokonywałoby się jakieś nadużycie. W takiej sytuacji musiałabym przerwać spotkanie i zatroszczyć się o siebie i własne bezpieczeństwo. Do takich sytuacji dochodzi jednak bardzo, bardzo rzadko. Gdybym powiedziałabym, że mnie na razie takie coś przydarzyło się raz, to bym bardzo przesadziła.
Ciekawi mnie, jaki obrazek tkwi w głowie osoby, która myśli, że prostytucja przypomina handel bydłem, gdzie istnieje żywy towar, jego właściciel i klient, który staje się nowym właścicielem. To dość perwersyjna wizja i nie jestem pewna, czy chcę wiedzieć, w jakiej roli ta osoba stawia samą siebie.

0 komentarzy