Warunki bytowe w mojej agencji są bardzo dobre: mam do dyspozycji wszystko, czego bym potrzebowała w miejscu pracy. (Przede wszystkim wygodne kanapy i szybkie WiFi). Jednak przebywanie niekiedy nawet sześciu kobiet jednocześnie w jednym pomieszczeniu, przez cały dzień, jest pewnym wyzwaniem.
Staramy się. Uśmiechamy się do siebie, nie przeszkadzamy sobie jak któraś jest zajęta, przynosimy ciastka.
Na pozór wszyscy się kochamy.
Ale prawdą jest, że bywa nam za ciasno i za głośno. Czasami ktoś nie wytrzyma i się z kimś pokłóci. O politykę, o źle położone prześcieradło, o nadepnięcie na odcisk, o przełączenie programu…
Po prostu dlatego, że to nieduża przestrzeń, a każda z nas miewa lepsze i gorsze dni.
Po prostu dlatego, że to nieduża przestrzeń, a każda z nas miewa lepsze i gorsze dni.
„Nie moje małpy, nie mój cyrk”. Z takim założeniem tutaj przyszłam. Kiedy moja koleżanka narzeka na drugą koleżankę, jestem zdziwiona. Bo czemu to ją w ogóle obchodzi?
Siedzę zagrzebana w swoich sprawach – miła cicha dziewczyna, która częstuje resztę mandarynkami.
Staram się nie dzielić swoimi poglądami politycznymi (jestem pewna, że są zbyt lewicowe dla reszty), nie angażować w wojenki, nie wchodzić w drogę. Na wiele spraw mam swoje zdanie, ale nie muszę go wyrażać na głos. Nie muszę nawet wyrażać tego, że jest inne niż zdanie rozmówczyni.
Gdybym przychodziła do pracy po przyjaźnie, byłoby inaczej. Zależałoby mi.
Przychodzę do pracy dla klientów i ich pieniędzy. To na nich mi zależy, ale i oni nie są moimi przyjaciółmi ani kochankami.
Moje życie toczy się gdzie indziej.
Więc niech sobie dziewczyny będą takie, jakie są. Ogólnie ich towarzystwo jest przyjemne. Porozmawiam z nimi zatem, pożartuję, pośmieję się – a kiedy będę zmęczona ich towarzystwem, zajmę się czymś swoim.
I tak mijają kolejne dni.

0 komentarzy