Przychodzili. Chcieli się zaprzyjaźniać, ale bez narzucania się. Młodzi ludzie traktujący nas z szacunkiem. Siedzieli, popijając herbatę. Dawali gumki i broszurki o STI. Dopytywali na luzie, co u nas. Ploteczki. Jak ruch w branży, może o czymś chcemy pogadać, a może coś mogą dla nas zrobić?
Koleżanka, za każdym razem: Znajdźcie mi pracę.
Outreacherzy: coś tam gadają w odpowiedzi, zero konkretów, jakieś obietnice.
Trudno, żeby działali inaczej, ale koleżanka jest zawiedziona. Nade wszystko chce mieć pracę. Godną pracę. A nie to zajęcie, które wprawdzie daje jakąś kasę, ale pracą nie jest ni cholery.
Wyraźne napięcie. Koleżanki miłe, bo dostaną darmowe gumki, trzeba się postarać. Poza tym goście to jakaś odmiana. Trochę plotkują. Ale tak ogólnie, to jest im niezręcznie – zachowują się zupełnie inaczej niż zwykle.
Jeśli chodzi o mnie, boję się rozpoznania przez znajomych. Wstydziłabym się, gdybym natknęła się na znajomą twarz TUTAJ.
Koleżanki chyba też się wstydzą. Ktoś z zewnątrz – spoza ich agencji, spoza jakiejkolwiek agencji – widzi je w TYM miejscu.
Outreacherzy pokazują broszurki o STI. Zero zainteresowania. Gumki macie? Mamy, damy.
Czasami ktoś chce pogadać na osobności, nie ma sprawy. Nie znam treści tych rozmów.
Outreacherzy wychodzą.
Napięcie spada. Następuje mniej lub bardziej sprawiedliwe rozdzielenie gumek. Jak którejś nie ma w agencji, to jest stratna, chyba że na miejscu jest jej ulubiona koleżanka i wywalczy należną część.
Broszurki leżą nietknięte, dopóki ktoś ich nie wyrzuci.
Koleżanki dalej intensywnie szorują zęby natychmiast po wyjściu klienta, z którym uprawiały seks oralny bez zabezpieczenia. To święty rytuał oczyszczenia. Nie wiem, czy wiedzą, że powinny z nim poczekać, bo za dobrze wiem, że i tak by nie czekały.
Temat badań na STI nie istnieje.
Outreacherzy sprzed sześciu lat nie byli z SWP. Należeli do dwóch różnych organizacji. Jedna z całą pewnością była niepowiązana z SWP i tej właśnie się bałam. Druga mogła być matką chrzestną SWP albo czymś niezależnym – nie pamiętam nazwy.
*
Do mojej matki przychodziła kiedyś pani z MOPS-u. Matka mieszkała wtedy w bardzo zniszczonym przez czas mieszkaniu. Stare, rozsypujące się meble, zdarta podłoga, której nijak nie dawało się doczyścić, zapach stęchlizny.
To nie były warunki, do których chętnie zaprosiłoby się obcą panią z instytucji pomocowej dla osób w trudnej sytuacji życiowej. Mimo że przed każdym przyjściem matka gorliwie sprzątała, ubierała się w najlepsze ubrania i robiła perfekcyjny makijaż.
Pani z MOPS-u trochę pomagała. Coś tam załatwiła. Tu pomoc prawna w wybrnięciu z trudnej sytuacji, tam dofinansowanie do leków. Zachęta do skorzystania z pomocy specjalistycznej, pomoc w przebrnięciu przez pozyskanie ubezpieczenia zdrowotnego i statusu osoby niepełnosprawnej, a potem znowu ubezpieczenia. Zasiłek. Jakieś paczki z produktami pierwszej potrzeby.
W sumie była skuteczna, ale sytuacja matki się nie odmieniała.
I jeszcze rozmowy. Jak się jest samotną starszą panią bez przyjaciół, dobrze jest z kimś porozmawiać, nie?
Matkę te wizyty kosztowały dużo stresu i jeszcze więcej wstydu, ale bez nich byłoby znacznie gorzej.
Często udawała, że nie ma jej w domu.
*
Kiedyś poszłam do jakiejś agencji jako outreacherka.
Nie pracowałam już wtedy w innej agencji, tylko w wynajętym mieszkaniu, sama.
Kiedy tylko usłyszałam „Nie boisz się?!”, wiedziałam, że nie jestem dla nich swoja. Co z tego, że też sprzedaję seks. Nie byłam już koleżanką z innej agencji, nawet jeśli kiedyś byłam. Nie miałam z nimi takiej relacji, jaką miałam szansę złapać z dziewczynami spotkanymi u klientów albo wpadającymi w odwiedziny do koleżanek z branży.
Coś tam odpowiedziałam, napotkałam niezrozumienie i poczułam się potwornie nie na miejscu.
Może to kwestia braku doświadczenia.
Może to kwestia tego, że byłam tam pierwszy raz.
Może to dlatego, że wtedy pracownice seksualne nie były powszechnie spotykane podczas outreachów.
A może byłam panią z MOPS-u, a nie kumpelą od samopomocy.
*
Moja koleżanka od „znajdźcie mi pracę” była bardzo podobna do mojej matki pod wieloma względami. Jednym z nich było oczekiwanie cudu. Ktoś miał przyjść i machnięciem różdżki odmienić ich życie. Wszystko inne – to było za mało.
Ani „nasi” outreacherzy, ani pani(e) z MOPS-u jakoś nie mieli różdżki, nie umieli też nawiązać porozumienia i wyjaśnić, że to tak nie działa.
*
PS. Kiedy ostatnio rozmawiałam z koleżanką z agencji, miała pracę. Śmieciowa umowa bez podstawy. Koleżanka była szczęśliwa i dumna.
To było raptem kilka miesięcy po moim odejściu z agencji. I tej agencji już nie było. Zamknęła ją policja.
A moja oczekująca cudu koleżanka zdążyła znaleźć zatrudnienie.
Nie miałyśmy wtedy czasu pogadać, a potem kontakt się urwał i nigdy nie dowiedziałam się, jak to się dokładnie stało.

0 komentarzy