Umawiam się prywatnie na spotkanie. Któryś telefon z kolei, wszystko dopięte na ostatni guzik i nagle:
– Mogę ci zadać jedno pytanie?
– Tak?
– Ale odpowiesz szczerze?
– Tak, o co chodzi?
– Ty pracowałaś w agencji takiej i takiej?
– Tak, pracowałam.
– Takie i takie włosy, taka sylwetka, znaki charakterystyczne takie i takie?
– Tak, to ja.
– No właśnie tak mi się wydawało, że skądś cię już kojarzę! Poznałem po sposobie mówienia!
I okazało się, że ja też go pamiętam. Jedno z milszych spotkań.
Pierwszy raz mnie ktoś rozpoznał i skojarzył. Po drobiazgu, na który w ogóle nie zwracam uwagi i nie sądziłam, że jakkolwiek mnie wyróżnia. Niby zawsze się z tym liczyłam i niby to żaden problem, ale zburzyło to trochę moje poczucie bycia jedną z wielu dziewczyn w anonimowym tłumie.
Nie dla wszystkich jesteśmy anonimowe i nareszcie rozumiem, dlaczego wiele dziewczyn nie znosi, kiedy klienci rozpoznają je i pozdrawiają na ulicy.
Oczywiście gdyby nasza praca nie była stygmatyzowana i nie odgrywała się gdzieś w ukryciu, za zamkniętymi drzwiami, w dymie z mniej i bardziej niewinnych kłamstewek oraz iluzji, problem by nie istniał.

Nie rozumiem problemu. Klient rozpoznaje na ulicy i pozdrawia. Wystarczy uśmiechnąć się i pozdrowić w odpowiedzi. W czym rzecz? Same sobie ryjecie beret myśleniem w ten sposób o sobie.