Pamiętam jak kilkanaście lat temu, jako ekspertka od bedeesemów z wielomiesięcznym stażem (w którym zmieściło się jakieś 5 hotelowych sesji i multum sextingów; ciekawe, że trzech lat związku z kinkowym seksem do stażu nie wliczałam, bo bedeesemy nie były jak z podręcznika czy kink dot kom tylko nasze) pisałam romantyczne teksty o “darach uległości” i innych takich.
Teraz jak widzę teksty romantyzujące klimat, czuję się jakby ktoś zagrał na zbyt wysokim C.
To dla mnie tylko erotyka. I to nie cała. Fragment erotyki.
To, co bym prędzej romantyzowała, to robienie mojemu mężczyźnie kanapek do pracy.
Gotowanie mu obiadu i pilnowanie, żeby był gorący na jego powrót.
Polowanie na prezent, który go ucieszy albo uprości mu życie.
Wspólne głaskanie kota, który uznał, że jest wspólnym kotem i mamy mu to okazywać.
Poważne rozmowy o decyzjach finansowych lub zawodowych.
Oglądanie razem filmu.
Piknik w parku.
Śmianie się z oklepanych sucharów, bo oklepaliśmy je razem.
Emocje, które temu wszystkiemu towarzyszą.
Takie tam. Życie.
Że w łóżku dzieją się rzeczy?
No dzieją się, jesteśmy parą, nasze łóżko nie jest tylko od spania.
Że poza łóżkiem jakieś rzeczy pozostają dostępne?
No tak, jesteśmy parą, więc mamy swój świat.
Że to wszystko jakoś na nas wpływa?
To chyba oczywiste.
Ale żeby robić z tego wielką hecę?
Zabiegać o aprobatę ludzi, których kompletnie nie znam?
Po co?
Mój staż w klimacie się wyraźnie zestarzał.

0 komentarzy