Regularne spotkania co tydzień lub dwa obiecuje mi wielu mężczyzn, potem jednak coś im wypada i albo słuch o nich ginie, albo…
– Kiedy moglibyśmy się znowu zobaczyć? – Taką wiadomość z nieznanego mi numeru dzisiaj dostałam.
– Pewnie niedługo, ale kim jesteś?
– Widzieliśmy się 2-3 tygodnie temu – odpisał pan i podał dwa ogólniki na mój temat.
Sięgnęłam po kalendarz z notatkami, prześledziłam ostatni miesiąc… nic. Tu warto wspomnieć, że pan pisał po angielsku. A w kalendarzu praktycznie sami Polacy, dwóch stałych klientów anglojęzycznych i jeden, do którego nie pasował ogólnik.
Odpisałam, że nie mogę go skojarzyć z żadną pasującą osobą z tego czasu, może widzieliśmy się dawniej? Czy mógłby podać jakieś szczegóły spotkania?
– No to może sześć tygodni – stwierdził niefrasobliwie pan i podał szczegół, po którym go namierzyłam.
Miał się odezwać po tygodniu. Odezwał się po „dwóch, trzech”. Czyli sześciu.
Biznesmeni. Słodziaki moje. Jak ja ich dobrze rozumiem.

Jak się dużo robi, to się nie myśli o luźno rzuconych propozycjach spotkań. Proste.