W środowiskach skupionych wokół ochrony praw człowieka funkcjonuje ktoś taki jak „sojusznik grupy”. Oznacza to na przykład osobę heteroseksualną, która aktywnie sprzyja osobom LGBT w dążeniu do zrównania ich praw z prawami heteroseksualnej większości. Takim sojusznikiem może być na przykład rodzic lesbijki, ale i aktywista działający w takiej Kampanii Przeciw Homofobii.
Sojusznik jest obeznany w tematyce, którą się zajmuje, sprzyja mniejszości, w imieniu której zdarza mu się występować, ale jeśli tylko ma taką możliwość – robi krok w tył. To taki pomocnik, cheerleader, obrońca, asystent, promotor etc. osób z danej mniejszości. Jest przy nich, działa na ich rzecz, ale nie zabiera im sceny.
W przypadku pracownic i pracowników seksualnych praktycznie każdy działacz to zaledwie sojusznik. Rodzi to pewne problemy, bo nasz głos nie jest zbyt dobrze słyszalny. Sporo ludzi rości sobie prawo do wypowiadania się w naszym imieniu, bo poznali jedną prostytutkę lub przeczytali szereg książek na nasz temat, w większości ideologicznych. Kierowani uprzedzeniami, niejednokrotnie kradną nam dyskurs zamiast po prostu występować jako nasi rzecznicy.
To dość żałosne, a często prowadzi do opłakanych skutków. Raz po raz nasi samozwańczy sojusznicy powielają mechanizmy opresji, czyli – mówiąc po ludzku – traktują nas przedmiotowo lub w inny sposób nam szkodzą.
Przykładem niech będzie pani Dunin, feministka, która zapowiadała kiedyś Raczkowskiemu, że gdyby on był escortem, to ona by się na nim wyżywała. Rzekomo oburzona tym, jak Raczkowski pisał o swoich doświadczeniach z dziewczynami z agencji, sama powieliła stereotyp złego klienta, w żaden sposób nie piętnując tego zachowania. I zły wzorzec poszedł w świat…
Razi mnie też użalanie się nad naszym losem i wpychanie nas w rolę ofiar seksizmu i patriarchatu. Będąc w pracy, nie jestem żadną ofiarą. Nie jestem zahukaną, uciemiężoną, nieszczęśliwą istotką, skazaną na łaskę i niełaskę klienta. Jestem jego zmysłową, pewną swojej kobiecości kochanką, która stara się jak umie sprawić mu przyjemność. Raz czy dwa ktoś użył wobec mnie przemocy, jednak nie pozwoliłam, by jakoś mnie to zaszeregowało.
Ale niektóre „sojuszniczki” (bo to przeważnie są kobiety) czerpią różne zyski z szeregowania nas jako ofiary, wzięcia na sztandary feminizmu i epatowania naszym urojonym losem – bez żadnej wrażliwości na to, czy mowa o luksusowej escort girl z Londynu, czy o nastolatce z azjatyckiego burdelu, która swoją pracą zarabia na utrzymanie całej rodziny.
Nazbyt często status sojusznika – nadany sobie w iście uzurpatorskim stylu – upoważnia ludzi do wypowiadania opinii i działania w naszym imieniu, ale bez uprzedniego zapytania nas o zdanie.
A potem mamy takie dno, jak w Szwecji, gdzie klienci prostytutek zyskali status przestępców – a zatem w dużym stopniu ograniczyli się do przestępczego kręgu. Jak to miało poprawić losy pracownic i pracowników seksualnych – nie mam pojęcia. Mój mózg wypiera nazbyt absurdalne argumenty.

0 komentarzy