Założenie, że moje podejście do pracy seksualnej wynika z bardzo traumatyzujących przeżyć, jest naiwne.
Przez większość czasu byłam escortką pracującą w modelu GFE, spotykającą się ze spokojnymi biznesmenami, menedżerami, freelancerami i rentierami. Pomijając epizod agencyjny, rzadko kiedy pojawiał się ktoś spoza wyższej klasy średniej. Rzadko kiedy ktokolwiek ćpał, upijał się, awanturował. Za to często jadłam sushi, piłam drogie wino i zjeżdżałam windą na śniadanie w formie szwedzkiego stołu. Do tej pory pamiętam wiele dobrych restauracji i mam wyrobioną opinię o iluś 4- i 5-gwiazdkowych hotelach w Warszawie.
Przykrych przeżyć – innych niż „miało być tak fajnie, a jednak chodziło mu tylko o zniżkę na seks” – było łącznie kilkanaście na jakiś tysiąc spotkań komercyjnych. Z czego część to właśnie upicie się lub naćpanie klienta, jego kłopotliwa i widoczna choroba psychiczna albo coś w tym guście. Przemocy doświadczyłam ze trzy razy, gdy pominie się kilka nieintencjonalnych błędów w sztuce BDSM.
Nigdy nie bałam się o swoje zdrowie i życie bardziej niż w dzieciństwie w pobliżu rodzinnego domu, gdy znienacka wyskakiwała na mnie osoba X, trzy razy większa niż ja, i terroryzowała mnie i koleżanki.
To, co było dla mnie traumatyzujące, to skala.
Spotkaj się raz na bezduszny seks z randomem, którego imienia nie zapamiętasz – to może być fajna przygoda.
Spotkaj się tysiąc razy, nawet jeśli nie masz ochoty na seks – cóż, zostaje tylko pustka. Wystudiowane gesty. Zautomatyzowane pojękiwanie. I ulga, że po wszystkim.
Dawno temu przepisywałam zawodowo uzupełnione ręcznie formularze. Blisko 100 dziennie, na akord. Zanim zasnęłam, mój mózg śledził kolejne pola i przypominał, jaki klawisz mam wcisnąć, by przejść dalej – Tab czy Enter.
Jeden penis, drugi penis, trzeci penis… siedemdziesiąty ósmy penis… sto dwudziesty piąty penis… trzysta dwudziesty dziewiąty penis… zzz.

0 komentarzy