Pochodzę z rodziny psychopatów upajających się władzą absolutną nad innymi. Dziadek (oficer, a jakże) traktował tak matkę, a matka mnie.
Psychopatia mnie do tej pory fascynuje, a moim ulubionym serialem przez wiele lat był „Dexter”. Dlaczego? Bo jak oglądam sobie innych psychopatów, to lepiej rozumiem to, czego doświadczyłam, kiedy byłam za mała, żeby to pojąć. Upodobanie do BDSM też wywodzi się z domu rodzinnego.
Dorastanie
Nigdy nie zapomnę uśmiechu na twarzy matki, kiedy po raz kolejny zagroziła mi laniem smyczą (w praktyce biła nią tylko psa. To był duży pies, a więc smycz była bardzo gruba i ciężka), a ja zaczęłam ją błagać o litość. Ten jeden raz maska spadła i ujrzałam, jak bardzo jara ją sadyzm. Odwiesiła smycz na miejsce, nadal promiennie uśmiechnięta.
Chlebem powszednim była zawłaszczająca kontrola wszystkiego – od wizerunku, poprzez poglądy, aż po wybór znajomych i partnerów (well, partnerek). Tak samo jak poniżenie, wyśmiewanie i publiczne upokorzenia, a także przekraczanie granic, bo jak śmiem je mieć. Jeszcze jako prawie siedemnastolatka nie potrafiłam mieć własnego zdania na temat rozwodu rodziców lata wcześniej – umiałam opowiedzieć tylko perspektywę matki. Miałam być jej przedłużeniem, wyzbytym własnej tożsamości, celów i ambicji. Swoimi monologami, gdzie każda ekspresja emocji z mojej strony była karana, regularnie doprowadzała mnie do stanów, które – całkiem celnie – nazywała katatonią, oczywiście z pretensją. Mutyzmu nazwać nie umiała, ale też jakoś nie budził jej aprobaty.
Na co dzień zwracała się do mnie głównie wymyślnymi wyzwiskami (zero wulgarności) i określeniami, które bardzo podkopywały moją samoocenę. „Bachor przebrzydły”, „takie świry jak ty”, „niedorozwój”. No i oczywiście nie znałam się na żartach (np. „a w łeb chcesz?”), ale gaslighting był u niej najmniejszym problemem.
Bardzo chciałam być przez nią kochana, ale „miłość” była wydzielana i odbierana, trzeba było na nią zasłgiwać. Nie sądzę, żeby była zdolna do miłości bezwarunkowej wobec kogokolwiek. Nawet komplementy wobec mnie były tak naprawdę o niej.
Kiedy dorosłam, udało mi się zbuntować i usamodzielnić. Ba, nawet udało mi się mieć w miarę normalny związek przez kilka lat. Tak, było tam BDSM, ale jako niewinny (tutaj) dodatek, a nie fundament relacji. Fantazje, które towarzyszyły mi od dzieciństwa, raczej mnie przerażały i zawstydzały i ich nie realizowałyśmy.
To tylko kolejny psychopata
Niestety – kiedy tylko okoliczności stały się sprzyjające – pojawił się kolejny narcystyczny psychopata, który zrobił mi kolejne pranie mózgu, grając podobnymi kartami: głębokiego zrozumienia, niedostępności, uznania, paraliżującej złości i opiekuńczości.
Główny cel: miałam się godzić na seks. Nawet nie z nim tylko, kurwa, nastolatką, bo jemu marzyły się orgie z udziałem trzeciej dziewczyny i potrzebował dwóch w tle. Brak zgody na seks (czy uczestnictwo w rozmowach erotycznych na czacie) był zbrodnią psucia zabawy innym i – z jakiegoś powodu – nie miał logicznego sensu. Do tego miałam być zawsze promienna, wspierająca i po prostu miła, żeby kontakt ze mną był dla innych komfortowy. Trudniejsze dla innych uczucia (mechanizmy obronne przed krzywdzeniem) były eliminowane. W mailu do niego z tamtych czasów znalazłam z przerażeniem przeprosiny za odczuwane emocje, bo nie miały logicznego wyjaśnienia – przecież wszystko było dobrze. Do innych zapisów rozmów nie mam odwagi wrócić.
Relacja zakończyła się, kiedy byłam już bezużyteczna. Zamrożenie minęło kilka miesięcy później i wtedy na pełnej wjechała autodestrukcja typu „tak, zrób ze mną co tylko chcesz”, z całkowitym brakiem poszanowania tego, że coś mi się może stać. Moje życie i zdrowie nie miały dla mnie dużej wartości. Po pierwsze, miałam depresję. Po drugie, w moim przekonaniu zasługiwałam na karę. Za psucie innym zabawy.
Ale przecież BDSM to nie przemoc
Wraz z autodestrukcją pojawiło się – w te lepsze dni – poszukiwanie BDSM rozumianego jako M/s. Które absolutnie nie miało być przemocą, bo przecież miało być konsensualne, z safewordami, limitami itd. Tylko u mnie te bezpieczniki były źle zaprogramowane.
Ponieważ autodestrukcja dalej kierowała moim zachowaniem, im bardziej coś było mroczne, tym atrakcyjniej się prezentowało, nawet jeśli rozsądek trzymał mnie w miejscu. Ale żeby zadziałał rozsądek, musiałam zauważyć, że coś nie gra.
Nie za bardzo chciałam widzieć, że kinkowe potrzeby odzwierciedlały u mnie doświadczenia z dzieciństwa i czasów późniejszych, że potrzebuję powielania traum w (pozornie) bezpiecznym środowisku, że M/s jest odzwierciedleniem mojej samooceny, zakodowanej w podświadomości wizji tego, co to znaczy być kochaną i przekonania, że na miłość należy zasłużyć odpowiednim zachowaniem. A nawet jeśli widziałam, to miałam „to co z tego, przecież się na wszystko zgadzam i jest mi z tym fajnie”.
Granice rozumiałam z grubsza jako „co nie budzi we mnie natychmiastowego emocjonalnego sprzeciwu, jest OK”. Problem w tym, że emocje dobiegały do mnie z opóźnieniem i nauczyłam się kwestionować ich logiczność. „Przecież nic mi się nie stanie, jeśli…” sprawiało, że godziłam się na dużo rzeczy, które obecnie mnie przerażają.
M/s było satysfakcjonujące i bezpieczne, bo nie znałam innego świata,. W M/s wszystko było na swoim miejscu: takie jak w dzieciństwie, a nawet lepsze, bo za moją zgodą. Na tamtym etapie życia dawało mi to spełnienie, nawet motywowało do działań w codziennym życiu. Czułam się i żyłam lepiej z powodu M/s.
Przez jakiś czas upierałam się, że można w ten sposób prowadzić terapię behawioralną, o ile Pan jest mądry i nie kieruje się egoistycznymi pobudkami. No i faktycznie, ta metoda dawała efekty, tylko tu też wchodziłam w rolę dziecka, które się wychowuje. Nie była to wymiana władzy, bo nie miałam w sobie władzy, którą mogłabym komuś oddać. Otwarta komunikacja też była tylko pozorowana. Nie da się prowadzić otwartej komunikacji bez wsłuchiwania się w siebie i nie da się mieć związku opartego na zaufaniu bez zaufania do tego, co mówią własne emocje, ciało i spontaniczne myśli.
Kryzys
Na przestrzeni kolejnych kilkunastu lat – tak, mam długi staż w klimacie – to upajające, uzdrawiające M/s doprowadziło do momentu, kiedy nie mogłam go już dłużej znieść.
W mojej głowie różne praktyki nadal były atrakcyjne. Ekscytował mnie syndrom sztokholmski jako metoda wywierania wpływu, kontrola wizerunku, modyfikacja zachowań, kary fizyczne i psychiczne, uzasadnione i „bo tak”, upokarzanie, poniżanie, przesuwanie granic, stała niepewność, czy na pewno wszystko jest dobrze… no i przede wszystkim czerpanie satysfakcji (wyłącznie) z tego, że Pan jest szczęśliwy. Przecież istniałam po to, żeby go uszczęśliwiać.
Problematyczne było wdrożenie praktyk w życie… Zamiast euforii (obecnej zwłaszcza w pierwszych latach, później coraz częściej jedynie poszukiwanej) pojawiło się coś, co tutaj zostałoby z automatu nazwane subdropami: „no tak, zdarza się, że czujesz się źle, trudne emocje po scenie są normalne, ale aftercare pomoże”. Nie jestem pewna, czy w tym wypadku subdrop dobra nazwa, skoro właśnie wtedy byłam najbardziej autentyczna i miałam najlepszy kontakt ze swoimi emocjami. Aftercare istotnie pomagało poczuć się z powrotem dobrze, ale huśtawek emocjonalnych było coraz więcej.
Nie mogę poradzić nic na to, że osychologicznie sesja-aftercare niesamowicie przypomina mi cykl przemocy, w którym po akcie przemocy następuje miesiąc miodowy, kiedy przemoc jest wynagradzana, żeby wszystko było super i ofiara znowu była szczęśliwa ze sprawcą. Tylko że dynamika w relacji cały czas się nasila: okresy miodowe są coraz krótsze, akty przemocy coraz brutalniejsze, a ofiara coraz bardziej się uzależnia i coraz mniej umie odejść.
Tak naprawdę jedyna różnica, którą widzę, to konsent. Jest to oczywiście bardzo ważna różnica. O ile jeszcze jesteśmy na etapie w pełni świadomej zgody, bo możemy – mniej lub bardziej konsensualnie – zrezygnować również z tego i albo zgodzić się na wszystko in blanco, albo wejść w to powoli, metodą gotowania żaby (także przez siebie samą). Szara strefa kusi swoim mrokiem.
Na etapie kryzysu byłam już z Ernyksem, który autorytarnie zadecydował, że więcej BDSM nie będzie. Kłóciłam się, że nie, że lepiej wiem, czego potrzebuję, ale skoro on podjął decyzję, to za tym podążyłam. Potem grzecznie poszłam na terapię, bo Ernyks tak sobie życzył. O ironio.
Przez jakiś czas upierałam się, że nadal chcę BDSM jak za dawnych czasów. Ba, w pewnym momencie poczułam przerażenie, że Ernyks tak kategorycznie odmówił, bo nie wierzyłam, że wytrwam w związku bez kinków. To naprawdę bywają uzależniające emocje, a najgorsze, że – ponieważ uzależniają – można zwyczajnie nie umieć żyć bez nich.
Finalnie
Jakkolwiek impulsem do pójścia na terapię były problemy w związku spowodowane BDSM, sesje terapeutyczne prawie w ogóle nie dotyczyły tego tematu. Narastająca awersja do pomniejszania mnie i wywyższania drugiej osoby w relacji wzięła się z przepracowywania tego, co wcześniej spowodowało potrzebę funkcjonowania w ten sposób. Fascynujące.
Obecnie lubię coś, co Fetlife nazywa ostrym seksem, ale wanilia uważa za BDSM. Sprowadza się do zabaw bodźcami fizycznymi, z naciskiem na zabawy. Bo jak coś przestaje być fajnie, to naprawdę przestaje.
Dosłownie wszystkie aspekty psychicznego BDSM, które wcześniej mieściły się w moich granicach, teraz budzą we mnie awersję. W każdym przypadku mechanizm jest identyczny: znam to z traumatycznej przeszłości, której teraz jestem świadoma i jestem gotowa się z nią mierzyć, a więc trauma wyłazi na wierzch. Bo one wyłażą i mówią „wcale nie byłaś z tym szczęśliwa, to nie było dla ciebie dobre, nie chcesz do tego wracać – wolisz autonomię i poszanowanie granic”.
I faktycznie, nie chcę do tego wracać. Nie czułabym się dobrze z niepokojem i lękiem, zmienianiem mnie, nagrodami i karami za (nie)wpisywanie się w oczekiwania drugiej osoby i wszystkim innym, co odbiera nam przestrzeń do równości i partnerstwa: zawstydzaniem, degradacją, upokarzaniem, obowiązkiem służenia.
Coś mi się przestawiło w głowie i zamiast w mrok i zniszczenie, ciągnie mnie w stronę słońca i bezwarunkowej miłości.
Paradoks polega na tym, że dopiero teraz wpisuję się w podstawowe założenia BDSM, te z infografik BDSM vs abuse. Bez żadnego naciągania faktów mamy (tymczasową, łóżkową) wymianę władzy, wzajemną przyjemność na równych zasadach, otwartą komunikację, emocjonalne połączenie, dbanie o bezpieczeństwo (także mojej psychiki i naszego związku) i przerywanie, ilekroć coś przestaje mi odpowiadać. Zero szarej strefy, czysty fun.
Wszystko działa – pierwszy raz od wielu lat – ale podobno to nie BDSM.


0 komentarzy