Wady komercjalizacji klimatu

gru 2, 2022 | BDSM, Praca seksualna od środka | 0 komentarzy

Chciałam napisać dziś o tym, że zrobiłam się głęboką przeciwniczką komercjalizowania seksualności, ale temat ma jeszcze głębszą warstwę.

Kiedy sprzedajesz seks, pracujesz na akord. Im więcej sprzedasz, tym więcej zarobisz. Mówi się, że mamy wybór – z kim, gdzie, za ile, jak, itd. Częściowo tak, choć nie w agencjach, gdzie odmowy, zwłaszcza stałym klientom, są bardzo niemile widziane. To, na co nie mamy bezpośredniego wpływu, to liczba osób chętnych na spotkanie. Musisz zarobić pewną minimalną kwotę, żeby zaspokoić swoje potrzeby, czyli przyjąć określoną liczbę klientów. Niekoniecznie fajnych. Niekoniecznie wtedy, kiedy masz ochotę na seks. Niekoniecznie na to, co chcesz robić z ludźmi.

Robienie na akord czegokolwiek, co jest dla Ciebie osobiście ważne i zasilające energię, grozi całkowitym wypaleniem. Niektórzy kochają tak intensywne tempo, ale dla innych to za dużo i zaczynają rzygać tym, co kiedyś kochali, a pasja zamienia się w pozbawioną pozytywnych emocji rutynę i odbębnianie obowiązków. Jako kreatywna osoba doświadczyłam tego kilkakrotnie w innych okolicznościach. Może kiedyś to opanuję.

Przyglądałam się ostatnio z przyjaciółką komercyjnej dominacji. Dominacja jest mi obca z praktyki własnej – sprzedawałam uległość – ale wśród osób, z którymi się świetnie dogaduję, jest spora nadreprezentacja osób dominujących i sadystycznych. I wiem, że są to ludzie, którzy bardzo mocno dbają o osoby, z którymi są w relacjach, ale lubią brać to, co chcą, najchętniej dziko i chciwie, choć z pełną uważnością na dobrze znaną osobę, jej granice, mimikę, ekspresję i oczywiście komunikację werbalną. Im lepiej znasz człowieka, tym lepiej WIDZISZ, czy wszystko jest OK i tym bardziej możesz się zatracić w braniu, bo te wszystkie drobne sygnały są oczywiste. (Dominujący zatracający się w zaspokajaniu potrzeb osób uległych istnieją, ale jest ich znacznie mniej).

W komercyjnej dominacji nie ma na to przestrzeni. Widzisz klienta i musisz polegać na jego słowach. Praktyki dozwolone i nie można dość łatwo wymienić, ale opis, jaką ma się ekspresję w różnych sytuacjach, zwłaszcza jeśli ma się dość mgliste wspomnienia… hm. Masz więc kogoś nieznanego, kto przychodzi po usługę. I choć deklaruje różne rzeczy, to ma oczekiwania, że dostanie wpierdol tak i tak, ale do tego poziomu, potem będzie lizanie butów, a na koniec strapon. Czy podobnie. Bo to lubi i za to chce zapłacić. A za to, żeby Domina zrobiła to, co chce… nie. Naprawdę nie. Bardzo, bardzo nie. I jeśli słyszysz w tle diaboliczny śmiech, to jesteśmy w domu. A jeśli jesteś w temacie, to może znasz kejs Fabryczki, gdzie straumatyzowany uległy uciekał oknem, bo jednak nie na to się pisał.

Dlatego komercyjna dominacja nie ma wiele wspólnego z prawdziwą dominacją, bo nie ma w niej ani długoterminowej (!) relacji, ani znajomości siebie i zaufania wynikających z długoterminowej relacji, ani swobody osoby dominującej w realizowaniu swoich osobistych potrzeb. A ponieważ prawdziwych Domin jest za mało i często są zajęte, to wielu uległych mężczyzn rozumie dominację jako to, co kupuje, czyli jako zaspokajanie ich listy potrzeb. I nawet kiedy piszą do Dominy prywatnie, próbując ją poderwać (podobno), to często z całą listą fantazji, które to Domina ma zaspokoić. Bardziej przedmiotowo się nie da. Tylko to osoba dominująca jest od uprzedmiotowiania tej drugiej…

Jak o tym myślę, to nie dziwię się alergii wielu Domin na komercjalizację, bo to po prostu zaprzeczenie tego, co lubią, czego potrzebują, w czym się spełniają i sprzedanie tego w glamour opakowaniu z lateksu i skóry za kilkaset złotych za godzinę. Hmm. Dodajmy, że znam rzekome Dominy komercyjne, które kompletnie nie rozumieją, co robią, ale skoro ktoś za to płaci, i to lepiej niż za seks, to cudownie, kupujemy akcesoria, modne wdzianka i jedziemy z tym koksem. (W bonusie: spożytkowanie nienawiści do mężczyzn).

A jak to wszystko ma się do uległości? No cóż. Libido jako takie odzyskałam rok temu, zaczęłam wtedy czerpać szczerą przyjemność z seksu i mieć na niego ochotę spontanicznie, a nie tylko po długich pieszczotach. Ale im głębsze warstwy seksualności, im więcej zazwyczaj potrzeba było u mnie zaufania i więzi, tym jest trudniej. W uległości oddajesz władzę i kontrolę nad sobą drugiej osobie, okazujesz jej uwielbienie, ufasz jej na tyle, że pozwalasz jej robić ze sobą cokolwiek chce, bo wiesz, że będzie się poruszać w ramach, w których może się poruszać.

Komercjalizacja tego była koszmarnym błędem. Byłam jedną z bardzo nielicznych prawdziwych uległych na warszawskim rynku, ale w konsekwencji traktowania emocji mechanicznie (albo sztucznego ich wytwarzania!), i to jeszcze na akord, po prostu przestałam być prawdziwą uległą i zaczęłam odgrywać rolę. Tak bardzo, że nawet w wymarzonym związku z (pierwszy raz w życiu) właściwym mężczyzną) byłam aktorką – a nawet marionetką. Gdybyśmy tylko byli poznali się ZANIM to wszystko się wydarzyło…

Cóż. Czasami płaczę nad rozlanym mlekiem, ale na co dzień staram się cieszyć. Bo nie jest źle. Przetrwaliśmy gigantyczny kryzys w związku i jego zwrot o 180 stopni. Przetrwaliśmy moje cPTSD i zanik libido. Przetrwaliśmy całkowitą rezygnację z BDSM. Byliśmy w stanie o tym wszystkim szczerze rozmawiać. I to bez pomocy seksuologa ani terapii dla par – bo nie było nas na to stać. To więcej sukcesów niż ma większość takich par.

W spalonej ziemi powoli kiełkuje coś zielonego. Cholera wie co. Ale kiełkuje.

Jeśli uważasz post za wartościowy, możesz postawić mi kawę.

Zamów moją książkę

Zamów moją książkę

Your content goes here. Edit or remove this text inline or in the module Content settings. You can also style every aspect of this content in the module Design settings and even apply custom CSS to this text in the module Advanced settings.

Święta Ladacznica

Piszę o seksualności, relacjach i władzy – z perspektywy osoby, która zna opisywane światy i od środka, i teoretycznie. Przez kilka lat pracowałam jako escortka, równolegle prowadząc ten blog, który stał się jednym z ważniejszych głosów o pracy seksualnej w Polsce. Wydałam książkę „To tylko seks?!„, która jest odpowiedzią na 100 pytań zadanych mi przez czytelników bloga. Wróciłam po przerwie.

0 komentarzy

Wyślij komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *