Miałam ciężką noc – z okazji Walentynek wielu klientów chciało dłuższych spotkań wyjazdowych i tym samym od wieczora do rana byłam w trzech różnych miejscach z kilkorgiem różnych ludzi. Prawie jak clubbing, tylko po hotelach. Wszędzie, oczywiście, zawoził mnie firmowy kierowca – żadnego włóczenia się samopas, jeszcze coś by mi się stało…
Jedno ze spotkań było rzeczywiście nieprzyjemne, ale wystarczyło powiadomić kierowcę i menedżerkę, że warunki uniemożliwiają mi dalszą pracę, po czym swobodnie wyszłam (ścigana niewybrednymi komentarzami pijanego klienta).
Po takiej właśnie nocy powinnam być wyprana z energii i bardzo mało odporna na stres. Jadąc autobusem do domu, myślałam tylko o łóżku – a raczej byłaby to jedyna rzecz, o której bym myślała, gdybym była w stanie jeszcze myśleć.
Wtem…
– Bileciki do kontroli! – zawołał rześko kanar, wyrywając mnie z odrętwienia.
Oczywiście nie miałam biletu, nauczona kilkoma latami biedy, że wydatki podstawowe dzielą się na niezbędne, osiągalne i nieosiągalne. Bilety zaliczyłam do kategorii podstawowych nieosiągalnych – prawie nigdy nie miałam dość pieniędzy, by sobie pozwolić na legalne jeżdżenie po mieście.
Poprzednim razem, kiedy wpadłam, kilka miesięcy temu, pouczenia przyjmowałam z apatyczno-cynicznym zrezygnowaniem: niech sobie mówią co chcą, niczego to nie zmieni, a kary i tak nie zapłacę, bo niby z czego? Wszakże nie było mnie stać nawet na jedzenie. Kontrolerzy w końcu ulitowali się nade mną i wypuścili.
Teraz sytuacja wyglądała zgoła inaczej.
Kiedy kontroler wypisywał mi wezwanie do zapłaty, przyszło mi do głowy, że kiedy ja zdążę to opłacić, przecież to trzeba iść na pocztę – a ja ostatnio ciągle jestem w pracy… Po czym olśniło mnie, że przecież kiedyś istniała opcja zapłaty na miejscu. Dopytałam o nią, po czym wyciągnęłam z portfela 164 złote i wręczyłam kanarowi. Zamienił wezwanie do zapłaty na potwierdzenie zapłaty, wręczył mi je, pożegnał się i poszedł. Tyle. Bez stresu. I tak nie pamiętałam, ile dokładnie stuzłotówek mam w portfelu, więc strata jednej z nich wcale mnie nie obeszła.
Nie wyrobiłam biletu miesięcznego z jednego powodu: nie zmieniłam jeszcze sposobu myślenia o swoich finansach. Teoretycznie mam szansę zarobić w pierwszym miesiącu osiem do dziesięciu tysięcy złotych (z czego większość planuję odłożyć), ale nadal tkwię w schematach z czasów, gdy zarabiałam najwyżej tysiąc.
Pora zmienić podejście na bardziej odpowiedzialne.

0 komentarzy