Moje dotychczasowe doświadczenia z oszczędzaniem pieniędzy nie są czymś, na czym warto byłoby się wzorować. Nie tak dawno temu dysponowałam sporą kwotą pieniędzy, która po prostu rozeszła mi się na głupoty. Po jednym roku tłustym przyszły dwa lata chude, a ja wcale nie byłam na nie przygotowana…
Ze swoich doświadczeń wyciągnęłam jednak cenną lekcję: jeżeli chcę zachować pieniądze, powinnam sobie utrudnić do nich dostęp.
Poszłam więc do banku i porozmawiałam z miłą panią o tym, czego potrzebuję: czegoś bardziej elastycznego niż lokata, z możliwością dostępu do zgromadzonych środków i wpłacania nowych, ale niezbyt wygodnego w obsłudze (konto oszczędnościowe odpada, natychmiast bym wszystko wydała).
Z informacji udzielonych mi przez panią z banku wynikało, że najkorzystniejszy dla mnie będzie fundusz inwestycyjny. Zdecydowałam się na obligacje skarbowe, bo wydawały mi się najwygodniejsze w obsłudze – żadnych dodatkowych opłat, mogę dowolnie wpłacać i wypłacać pieniądze, ale zanim je dostanę, minie kilka dni (co powinno ostudzić moje szały zakupowe).
Pierwsza wpłata zrobiona. W ciągu ostatnich dziesięciu dni zarobiłam, bagatela! 3500 zł, z czego 2000 zł przelałam na fundusz, 700 zł zainwestowałam w odpowiedni do pracy strój i akcesoria (między innymi zostałam szczęśliwą posiadaczką eleganckiej „małej czarnej”, w której mogę się pokazywać w pięciogwiazdkowych hotelach), 500 zł pójdzie na miesięczne opłaty, a 150 zł wydałam na jedzenie. Zostawiłam sobie 150 zł na bieżące wydatki.
Dzięki temu posunięciu straciłam poczucie, że mam w domu niesamowicie dużo pieniędzy, z którymi nie wiem co zrobić, więc mogę je wydać na cokolwiek bądź.
Bo wydawanie na cokolwiek bądź ciężko zarobionych pieniędzy jest bez sensu i czyni całą aktywność bezsensowną. Realizowanie życiowych planów – oto, po co to wszystko robię.

0 komentarzy