Korzystając z okazji, że @Przekora poruszyła temat szkodliwości picia alkoholu w depresji, podzielę się smutną historyjką ze swojego życia.
Może ktoś się w niej odnajdzie w jednej z ról?
Osoba z mojego otoczenia popijała wieczorami drinki w celu uspokojenia nerwów, bo zauważyła, że łatwiej jej zasnąć, jak coś sobie wypije. A przecież drink po pracy to coś niegroźnego, w serialach to pokazują. Nie miała pojęcia, że tak często zaczyna się alkoholizm u kobiet. Mało kto to wie.
Z niczego się nie zwierzała.
To była osoba cierpiąca w samotności, głęboko wierząca, że problemy z psychiką i uzależnieniem zaczynają się wtedy, kiedy człowiek nie jest zdolny do samodzielnego funkcjonowania. Ludzie lubią w to wierzyć. Wielu nie chce dostrzec, że często to właśnie „ze mną jeszcze nie jest tak źle” doprowadza do osobistej tragedii.
Ona jako tako sobie radziła oraz nie czuła potrzeby wracania do trudnego dzieciństwa, no więc nie miała problemów. Nie potrzebowała nawet psychoterapii, o której jej gadałam co jakiś czas.
Wprawdzie nie umiała wdrożyć żadnego swojego postanowienia związanego z poprawą życia i realizowaniem swoich ambicji zawodowych oraz powolutku wycofywała się z życia społecznego, ale łatwo takie rzeczy zbagatelizować. Przecież nie każdy musi być ambitny czy chcieć spędzać czas z ludźmi w takim stopniu jak dawniej.
Zanim trafiła do psychiatry i dostała leki, które, co za niespodzianka, pomogły jej bardziej niż pomagał alkohol, była na etapie „chyba coś jest nie tak, od teraz profilaktycznie nie będę pić, bo jeszcze się uzależnię”.
Oczywiście nie była w stanie wytrwać w postanowieniu, więc je ponawiała.
Załapałam się na kilka fal, kiedy najpierw spotykałyśmy się przy piwie lub winie (małe, kulturalne ilości typu butelka wina na kilka osób albo jedno piwo), a potem alkohol z jej inicjatywy szedł w odstawkę.
Nie dostrzegłam, co za tym stoi. Dopiero po czasie dodałam dwa do dwóch.
Kiedy z nią ostatnio rozmawiałam, chodziła już na terapię uzależnień (terapia ograniczania picia nie dała efektów) i desperacko ratowała swoje życie, ale nadal twierdziła, że nie jest alkoholiczką i wcale nie jest z nią źle.
„Alkoholiczka” to nadal w jej głowie był ktoś, kto pije od kilkudziesięciu lat w trybie wielotygodniowych ciągów z krótkimi przerwami, nie ma pracy, ma rozwaloną wątrobę, melinę w mieszkaniu, żebrze na alkohol pod sklepem itd. – a nie ktoś, kto stara się zmienić i chodzi na terapię.
To była ostatnia rozmowa dlatego, że powiedziałam, że nie kupuję tego bullshitu.
Historia stara jak świat. Niejeden uzależniony zaczynał od zalewania smutków lub lęków. Obstawiam, że wszyscy mieli złudzenie „nie uzależnię się, mam kontrolę, mnie to nie dotyczy”. Bo kto świadomie dążyłby do zniewolenia nałogiem?
Wiele terapii uzależnień jest dostępnych za darmo, albo na NFZ, albo na koszt miasta. Te na koszt miasta nie wymagają posiadania ubezpieczenia, każdy lokals może z nich skorzystać.
Można też chodzić na bezpłatne spotkania AA, co ma tę zaletę, że widzi się inne osoby z problemem – niekoniecznie zataczających się na ulicy, mających w domu melinę i żebrzących pod monopolowym – więc łatwiej zaakceptować, zrozumieć i poskromić swój własny, a także nabrać nadziei, że jest to możliwe. I tę wadę, że 12 kroków powstało bardzo dawno temu i do wielu współczesnych ludzi zwyczajnie nie przemawia.
Istnieje również możliwość wspomagania leczenia alkoholizmu farmakologicznie. Nie jest to często stosowane w Polsce rozwiązanie. W zasadzie w Polsce rozmawia się tylko o disulfiramie, czyli tym straszaku, że jak wypijesz, to się będziesz źle czuć, albo nawet umrzesz. Warto jednak wiedzieć, że istnieją też leki, które ograniczają pragnienie picia alkoholu, łagodzą objawy odstawienia lub zmniejszają pozytywne skutki płynące ze spożycia alkoholu. Osobom zmagającym się z problematycznym piciem polecam zainicjowanie rozmowy o nich ze specjalistą, szczególnie jeśli zachowanie abstynencji wydaje się niemożliwe – w ogóle lub na danym etapie leczenia.

0 komentarzy