Ostatnio odkryłam, że mówienie iż usługi seksualne to praca ciałem, nie jest trafne.
Cielesność to tylko wąski aspekt mojej pracy. Ten najbardziej namacalny; ciało to jest to, co klient widzi i z czym ma kontakt podczas stosunku (do którego nie zawsze dochodzi). Tymczasem moja praca to znacznie więcej.
Istotnym aspektem pracy jest moja kultura osobista, takt i inteligencja. Nie zawsze mam okazję ze wszystkiego korzystać, ale jeżeli spotykam mężczyznę na poziomie – który akurat nie przyszedł się odmóżdżyć – to muszę mu dorównać.
Bardzo często mężczyźni chcą rozmawiać. Co prawda jeszcze nie miałam okazji sprawdzić się w roli przyjaciółki lub psychoterapeutki, ale nie raz i nie dwa prowadziłam small talk: klient chciał wiedzieć, kim jestem i skąd pochodzę, czym się zajmuję, jakie mam plany na przyszłość, opowiadał też o sobie i swojej pracy… Najpierw nawiązywaliśmy jakieś porozumienie, a dopiero potem przechodziliśmy dalej.
Kolejny ważny aspekt mojej pracy to seksualność. Nie ciało, tylko to, jak nawiązuję relacje erotyczne, kim jestem i co wyrażam w łóżku, jakie mam preferencje, temperament, itp.
Klientowi nie oferuję biernie swojego ciała, z którym miałby zrobić co zechce. Przeciwnie, jestem aktywną uczestniczką, jego partnerką, a często inicjatorką różnych działań. Czerpiąc z mojej seksualności, tworzę dla mężczyzny doświadczenie. On nie idzie do łóżka z ciałem – idzie do łóżka z konkretnym człowiekiem.
Muszę też umieć sprawić, by klient mi się spodobał na tyle, bym chciała iść z nim do łóżka. Aktywnie szukam w nim tego, co jest atrakcyjne i co współgra z moją seksualnością.
Gdzieś w tle angażuję swoją wiedzę o relacjach międzyludzkich, o zdrowiu seksualnym, o emocjach, o różnych kulturach (bo mam wielu klientów z różnych stron świata)…
Mówienie, że pracuję ciałem jest tak płytkie, jak kałuża. Albo jak zdjęcie na Odlotach.

0 komentarzy