Mój chłopak długo się dziwił, jak mogę – po tylu płatnych randkach – nie widzieć, że jakiś mężczyzna mnie podrywa. „No ale on chciał się zaprzyjaźnić, porozmawiać, jest samotny w wielkim mieście. Przecież mówiłam mu, że jestem zajęta”. „Chciał seksu, nie dawaj mu nadziei”.
Jestem demiseksualna, nie do końca wiem, dlaczego ludzie uprawiają ze sobą seks, kiedy jeszcze się nie znają. Potrafię to przeanalizować i się dostosować, ale to nie moja natura do tego stopnia, że ostatnio autentycznie zdziwiłam się, że postawienie kobiecie drinka, żeby dostać jej numer telefonu, wciąż funkcjonuje jako gra wstępna.
Zawodowa persona to co innego.
Zawodową personę zbudowałam na sobie, ale trochę poprawiłam. Nie miałam wymyślonego życiorysu, nawet używałam w pracy imienia, które faktycznie noszę. Zmieniałam tylko oświetlenie faktów. I do perfekcji opanowałam odpowiadanie na potrzeby moich klientów.
Czego pragnie stereotypowy mężczyzna z dużą gotówką? Podziwu. Uznania. Zrozumienia. Akceptacji, ale bez roztkliwiania się nad nim. „Odpoczynku wojownika”. Chce czuć się męskim w świecie, gdzie dostaje wieczne zjeby za toksyczną męskość. Chce czuć, że uwiódł kobietę sobą, swoim statusem, osobowością, wiedzą i intelektem i że tu nie chodzi tylko o kasę.
Tak, zazwyczaj chce seksu, chce realizować swoje fantazje seksualne, chce bliskości fizycznej. To była wisienka na torcie w mojej ofercie, ale bynajmniej nie jej kwintesencja.
Mój biznesowy kochanek, drugi klient w życiu, był samcem alfa. Kiedy się poznaliśmy, miał 50 lat, a ja dwukrotnie mniej. Reprezentował świat, który nie był wtedy w moim zasięgu – wyjście na sushi, piękne wnętrza, podróże, dobre ubrania. Miał dużo więcej doświadczenia życiowego. I był dość przystojny. Cholernie mi się podobał. A on miał fioła na moim punkcie. A może na punkcie podziwu w moich oczach. Słuchałam go i odpowiadałam na każde jego potrzeby, żeby mnie nie zostawił. Byłam kochanką idealną. Jedną z wielu jakie miał, ale ulubioną. Dziesięć lat temu to mi wystarczało.
Wiele kobiet przeżywa taki etap. Wielu mężczyzn w średnim wieku pragnie takich młodych, zapatrzonych w nich fanek. Sto procent patriarchatu, ale siedzi to również w naszej biologii.
Wzięłam dynamikę naszej relacji, opakowałam w ofertę i sprzedawałam. Dzięki temu spotykałam się z wieloma mężczyznami w moim ówczesnym typie. Wyrastałam z tego typu z każdym kolejnym spotkaniem, ale rola była znajoma, a styl życia – owoce morza, dobre wino, rozmowy o biznesie i pięciogwiazdkowy hotel – nie mógł mi się znudzić.
Moja oferta była mokrym snem patriarchatu opakowanym w intencjonalnie amatorskie zdjęcia i niepozorny, grzeczny opis.
Nie miała nic wspólnego z feminizmem, bo mieć nie mogła – płacili mi mężczyźni z wysokim statusem w kapitalistycznym świecie, nie inne kobiety-feministki. Nie partnerki tych mężczyzn, nie osoby z branży. Jeśli chciałam pieniędzy za seks z mężczyznami, nie mogłam być w pełni solidarna z kobietami.
Oferta zarabiała mi kilkaset złotych za godzinę i była praktycznie samograjem, jeśli chodzi o pozyskiwanie klienta. Zero spadających socjali, zero przesiadywania na datezone, zero polowania na apartamenty. Nie lubiłam tracić na to czasu. Strona, ogłoszenie, krótkie dogranie szczegółów i już, jesteśmy umówieni, do zobaczenia. Albo „wiesz już wszystko, odezwij się, jak się zdecydujesz”. Zdecydowanych było bardzo dużo.
Dlatego kiedy widzę przykładanie feministycznych standardów do escortingu, jest mi dziwnie. To nie jest feministyczny zawód, tylko na wskroś patriarchalny. Żeby zarabiać realne pieniądze, trzeba postawić potrzeby klienta (zazwyczaj mężczyzny) na pierwszym miejscu. Oraz zapamiętać, że partnerstwo za pieniądze występuje w przyrodzie niemal tak rzadko, jak jednorożce.

0 komentarzy