Prostytucja przeważnie nie jest uważana w Polsce za uczciwą pracę. Ludziom z jednej strony wydaje się, że to jest nic (każdy umie uprawiać seks), a z drugiej wiedzą, że ten zawód wiąże się ze sporym niedocenieniem społecznym, ryzykiem i harówą. Sami w większości nie umieliby tego robić, bo rzeczywiście trudno jest codziennie mieć seks z kilkoma osobami, w tym z takimi, z którymi by się normalnie nie chciało porozmawiać.
Mało kto bierze pod uwagę ileś czynników, które wskazują, że to JEST praca. Wykonuje się pewną usługę, która jest odpowiedzią na potrzeby klienta, która wymaga profesjonalnego podejścia (amatorzy chodzą do łóżka z kim chcą i mogą nie mieć nastroju na seks, profesjonalista musi zapewnić miłe doświadczenie nawet jeżeli akurat mu się nie chce) i za które dostaje się pieniądze. Owszem, grube pieniądze. Ale moim zdaniem to uczciwe wynagrodzenie za coś, czego większość osób nie chciałaby robić.
Podobnie jak w każdej innej pracy, ważne tu są umiejętności interpersonalne, jest grafik, doskonalenie warsztatu i specjalizacje, osoby zarządzające całością (ujmuje mnie zarzucanie im – wszystkim jak leci – wyzysku, przecież sprawienie, by agencja towarzyska sprawnie działała i przynosiła dochód, wymaga sporo czasu, wiedzy i zdolności)… Pomijając rodzaj świadczonej usługi, to praca jak każda inna. Jednak przeciętny odbiorca wiadomości zatrzymuje się na „seksie za pieniądze” i podchodzi do tego zajęcia – i osób z tej branży – z wyraźną pogardą lub, co gorsza, litością.
Sama niedawno usłyszałam, że to co robię, jest demoralizujące, bo mam szansę zarobić duże pieniądze. No tak. Mam szansę. I mam zamiar – ponieważ w przyszłości zamierzam pracować w branży, do której bez pieniędzy nie sposób się dostać, a w której również wynagrodzenie dostaje się w stuzłotówkach za godzinę. Czy i wtedy moje zarobki będą demoralizujące? Dla niektórych na pewno tak. Dla niektórych uczciwe prace to takie, w których zarabia się krajowe minimum, no, ewentualnie przeciętną krajową pensję. Czyli za mało, żeby za to godnie żyć i czuć się bezpiecznie – bo nawet jeżeli się trochę zarabia i można pokryć większość bieżących wydatków, to przeważnie nie starcza pieniędzy, żeby coś odłożyć, a utrata pracy momentalnie oznacza biedę i panikę („z czego spłacę kredyt hipoteczny?!”).
Nie pasuje mi taki świat. Jestem zdemoralizowana? Pewnie tak.

Branża to IT czy bankowość?
Powiem Ci kiedyś w sekrecie ;P