Myślę sobie, że ta głęboka dobrowolność tego, co robię w pracy, jest podstawą mojej satysfakcji.
Wiele dziewczyn w branży seksualnej zmusza się do czegoś dlatego, że myślą (przeważnie, niestety, słusznie), że dzięki temu dostaną więcej pieniędzy.
Świetnym przykładem jest seks analny, standardowo robiony za dopłatą 50 lub 100 zł. O ile w świecie MSM (czyli mężczyzn mających seks z mężczyznami) anal mieści się w tzw. „standardzie” i pracownik seksualny określa tylko, czy jest stroną aktywną czy pasywną, o tyle w naszym świecie kobiecej prostytucji anal to dodatek. Opłacalny…
Niektóre dziewczyny oferują dominację, choć tak naprawdę BDSM nie wypełnia ich żył – robią to tylko dla pieniędzy lub odreagowania codziennych frustracji związanych z pracą.
Część godzi się na rolę tzw. „suk”, czyli wybiera stronę uległą, bo na uległe dziewczyny też jest zapotrzebowanie. Tym bardzo współczuję, bo bycie bitą i poniżaną w sytuacji, gdy cię to nie kręci, jest koszmarem.
Smutne jest także to, że bardzo, bardzo wiele kobiet w branży, zgadza się na seks bez zabezpieczenia za symboliczną dopłatą, taką samą jak przy seksie analnym – podczas gdy ich zdrowie jest bezcenne!
No i oczywiście bardzo wiele kobiet nie poszłoby do łóżka z nieznajomym, gdyby nie pieniądze. Nasza seksualność nie jest taka jak męska: bardzo wiele z nas potrzebuje więzi i poczucia bezpieczeństwa, żeby się komuś oddać.
Często dziewczyny naprawdę nie mają wyboru: przymusza je do tego przemocowy alfons lub sytuacja ekonomiczna.
Jeżeli w twoim regionie nie ma innej pracy, po prostu zgodzisz się być prostytutką albo będziesz głodowała wraz ze swoimi dziećmi. A jeżeli stoisz przed wyborem: ulec oczekiwaniom klienta lub stracić klienta… tak naprawdę możesz nie mieć wyboru. Nie wtedy, kiedy to jest twój prąd lub chleb. Podobnie jest w sytuacji, gdy twoja stawka godzinowa pomnożona przez ilość klientów w miesiącu to za mało, żeby opłacić wszystkie potrzeby (to dotyczy zwłaszcza kobiet 35+).
Ale jest też wiele kobiet, które po prostu nie są dostatecznie pewne siebie i swoich granic. To te niedoświadczone seksualnie (jeden stały partner przez całe życie się nie liczy), niewinne dziewczyny, którym wydaje się, że skoro są prostytutkami, to muszą pewne rzeczy robić.
Otóż nie. Mam koleżankę, która w ogóle nie oferuje seksu oralnego ani waginalnego. Znalazła sobie inną niszę i się jej trzyma z żelazną konsekwencją. I też zarabia, bo nie każdy mężczyzna przychodzi włożyć swojego penisa w jakiś otwór.
Dobrze by było, gdyby świadomość w tej branży była większa. Niestety prostytutkom w Polsce brakuje związku zawodowego lub jakiejś organizacji pozarządowej, która by je zrzeszała. Brakuje też dobrych artykułów w mediach i w ogóle odtabuizowania tematu usług seksualnych. Czyli po prostu – dostępu do informacji, które skłoniłyby kobiety i mężczyzn do myślenia, czy naprawdę muszą robić wszystko to, co robią. Również sieć wsparcia mogłaby być skuteczniejsza istnieć.
Jak zwykle w Polsce, temat dopiero raczkuje.


Czytam sobie tego bloga wpis po wpisie jak leci od początku i po raz kolejny odnoszę wrażenie, że dawanie dupy to jakaś konieczność. Jak nie ma pracy w okolicy, to trzeba dawać, pracować za 1000 zł albo pozostaje głodowanie. Hm. A nie warto pomyśleć o tym, żeby wyjechać gdzieś, gdzie jest praca? A nie warto pomyśleć o tym, że warto uczyć się rzeczy potrzebnych mając lat kilkanaście? A nie warto pomyśleć o tym, że jak się zaciąży za młodu z byle kim, to potem reszta życia nie będzie różowa? Jak wiadomo, myślenie ma przyszłość. Ja bym bardzo chciał, żeby istniała sieć wsparcia, która uczy ludzi myśleć.
Umiejętność myślenia rzeczywiście jest w cenie, ale życie się różnie ludziom układa. U mnie to nie brak pomyślunku odpowiada za trafienie do branży seksualnej, a splot niezbyt szczęśliwych i trudnych do kontrolowania okoliczności.
Często problemem jest niedostrzeganie innych perspektyw. Tu przydałaby się też wiedza. Przede wszystkim lepsza edukacja. Bo jednorodzinna konsultacja w urzędzie pracy nie nauczy człowieka myśleć inaczej o zawodzie, finansach, kształceniu się…
Sieć wydobywania ludzi z problemów i stawiania na nogi, żeby się usamodzielniali – to byłoby dobre. Ale to utopia…
Czy ja wiem. To kwestia całościowego systemu edukacji. Takiego, który pozwala Ci odkryć i rozwinąć indywidualne zdolności, takiego, który poświęca czas, docenia kreatywność, uczy właśnie myśleć. W ekonomii jest zasada, że nieograniczony dostęp do informacji (wiedza) nie istnieje, dlatego sytuacja konkurencji doskonałej również nie istnieje i jest jedynie modelem do teoretycznych rozważań. Biorąc pod uwagę w jakim tempie rozwija się sieć informatyczna, ta zasada zaraz przestanie istnieć. Problemem będzie wtedy nieumiejętność przystosowania się ludzi do nowych warunków, bo nagle wyszukanie najlepszego dealu będzie kwestią uruchomienia przeglądarki w telefonie. W takiej sytuacji, czerpanie zysków z niszy będzie utrudnione. Ekonomicznie to globalna katastrofa. Społecznie to raj. Czy raj jest utopią? Nie sądzę. To kwestia odpowiedniego poziomu rozwoju.
No, obecna polska szkoła raczej tłamsi indywidualne zdolności, kreatywność i samodzielne myślenie 🙁 Matura pod klucz i niekończące się testy w szkołach i na studiach – brr.
Tak więc obawiam się, że większość ludzi nie skorzysta z wiedzy z telefonu…
Na szczęście świat nie kończy się na Polsce 🙂