– Jak ty to robisz – zapytał mnie kolega, z którym podzieliłam się planami na następne dni – że nie trafiasz na zwyroli? Ja to bym pewnie miał same złe przygody, gdybym się za to wziął.
– Ależ trafiam, tylko nie utrzymuję z nimi stałych kontaktów. Za to jeśli poznam miłego, wartościowego człowieka, to staram się z nim zbudować dłuższą relację.
– Kiedy tak mówisz, to brzmi bardzo prosto.
– Bo to jest proste.
Ale nie, chyba nie jest, patrząc po jękach niektórych freelancerów, którzy harują dla ludzi, których nie trawią. Sęk w tym, by zrozumieć, że nie trzeba zabiegać na równi o KAŻDEGO klienta. Że w swojej branży można powiedzieć „nie, pana nie obsłużę, do widzenia”. Pewnie, w sklepie spożywczym się raczej nie da, szczególnie jako szeregowa kasjerka, ale jako informatyk albo tłumacz pracujący tylko na siebie? Albo jako ja?
W czasach agencji obronienie swojego „nie” było trudniejsze. Raz czy dwa celowo, kierując się głównie intuicją, zniechęciłam do siebie klienta, żeby to on nie był zainteresowany, wiedząc, że moje powody nie zostaną uznane za wystarczające (to znaczy nikt by mnie wołami do klienta nie zaciągał, ale kręcono by nosem na moją wybredność).
Ale kiedy jestem sama? Nikt poza mną samą nie może mnie zmusić, bym powiedziała „tak” komuś, z kim nie chcę utrzymywać kontaktów.
Oczywiście, czasami problemy widać dopiero w trakcie spotkania. Różne. Ale zauważyłam, że większość trudnych sytuacji nie wynika ze złej woli. Wypadki, brak „pomyślunku”, niedogadanie szczegółów, różnice w oczekiwaniach, zaskakujące preferencje, nietrafione uwagi i nieśmieszne żarty – tak, to się zdarza. Myślę, że mam już spore doświadczenie, bo z większości takich sytuacji wychodzę gładko, prawie ich nie zauważając. Zawsze zakładam, że spotykam się z ciekawym, dobrym, przyzwoitym facetem, z kimś, kto nie chce mi nijak zaszkodzić – i choć bywa, że odczuwam lęk i włącza mi się ostrożność, staram się okazywać wyłącznie życzliwość. Dbając równocześnie o siebie samą.
Moje koleżanki z agencji miały zwyczaj – przynajmniej część z nich – wyskakiwać z epitetami, jeśli nie spodobało im się to, co usłyszały w telefonie. Myślę, że okazywanie wrogości to bardzo zły pomysł, bo wyzwala podobne reakcje. Budzi „zwyrola”.
Ostatnio przeczytałam anegdotkę o kobiecie, która podróżowała autostopem i wyczuła, że podwożący ją mężczyzna chce ją zgwałcić. Co zrobiła? Nie, nie zaczęła walczyć. Okazała mu swoje zaufanie, powiedziała, że czuje się z nim bezpiecznie i że chętnie zdrzemnęłaby się w jego obecności. Najwyraźniej uderzyła w czułe struny, bo mężczyzna dowiózł ją na miejsce całą, zdrową i nietkniętą. Wierzę w autentyczność tej historii, i to nie tylko dlatego, że kobietą tą była Matka Teresa. Po prostu zgadza mi się to z moimi doświadczeniami.
Większość ludzi nie chce popełniać złych czynów. Za to często błądzą, odpowiadają pięknym za nadobne lub spełniają oczekiwania innych („skoro i tak o mnie źle myślisz…”). A ja staram się, by przy mnie nie mieli dokąd zabłądzić.
Raz trafił mi się klient, który chciał mnie szantażować. Problem w tym, że był między nami konflikt, a groźba szantażu była jego eskalacją, do której dopuściłam (to było dawno i popełniłam sporo błędów w kontakcie z tym człowiekiem). Mogłabym powiedzieć, że trafiłam na zwyrola, no ale sama go w nim aktywowałam. I nie byłabym sobą, gdybym nie pomyślała, ilu spośród moich „porządnych” klientów zachowałoby się podobnie w konfliktowej sytuacji, ale nie mieli okazji, bo wszystko między nami układało się dobrze.

Ciekawe spostrzeżenie odnośnie aktywowania negatywnych zachowań i wywoływania sytuacji konfliktowych poprzez nieumiejętnie prowadzoną rozmowę. Jest w ludziach pewien wyuczony automatyzm w reagowaniu na określone problematyczne sytuacje. To programowanie jest tym czym ludzie nasiąkają przez swoje życie na podstawie doświadczeń z którymi mieli styczność. To rzeczywiście proste rzeczy, ale ileż to można osiągnąć dzięki uprzejmości, życzliwości, pozytywnemu podejściu i pozwalaniu ludziom na bycie po prostu naturalnie dobrymi ludźmi, którzy akurat z Tobą nie muszą walczyć o swoje. Często zapomina się o takich ludzkich odruchach będąc przygotowanym na ciągłe przepychanie się, a warto o tym pamiętać, bo dzięki temu jest po prostu łatwiej. Dzięki za ten wpis. Przypomniał mi o ważnych rzeczach. 🙂
Wow, teraz jestem pod wrażeniem. Śledziłem, i śledzę, Twoje dyskusje ze Świętą Ladacznicą i dostrzegam zmianę, ewolucję albo rozszerzenie spojrzenia na… międzyludzkie relacje 🙂
Na wszystko jest miejsce, jeśli jest do tego przestrzeń i warunki. Umiem w różne opcje. Zaczynam z zamkniętą przyłbicą, bo tak jest, jak to już ustaliliśmy z autorką, bezpieczniej. Do zdjęcie pancerza potrzeba zaufania. 😉
Prawda, @disqus_pKGbWxhk9T:disqus?
Zdzisławie, cieszę się, że po banie mieliśmy okazję jeszcze porozmawiać na Facebooku, bo chyba przekonaliśmy się do siebie nawzajem i mimo iluś punktów spornych widzę w Tobie bardzo interesującego rozmówcę. Przy okazji to ilustruje powyższy wpis: nie należy się uprzedzać na starcie 🙂
Miło mi to słyszeć. Liczyłem, że porozmawiamy w komentarzach zanim walniesz mi bana, żebyś mogła ustalić z kim masz do czynienia, ale widać Ty też masz swój automatyzm. 😉
Wahałam się, czy rozmawiać czy banować, ale któryś z kolei komentarz bądź ich ogólna wymowa przeważyły nad pierwszą decyzją 😉 Na szczęście uparty z Ciebie człowiek.
Swoją drogą, dostałaś mojego maila? 🙂
Nie, nic od Ciebie nie mam, właśnie sprawdziłam.
Ciekawe. Bo zanim napisałem na fejsie, wysłałem Ci maila. Może spam? Ewentualnie mogę wysłać raz jeszcze, jak bardzo chcesz. 🙂
Nie chcę. Ale to dziwne, że nic nie dotarło…
Widocznie nie miało dotrzeć. 🙂
Ale zawsze możesz napisać nowego maila 😉 Tylko sprawdź dokładnie adres. Może była jakaś literówka albo co.
Co było, a nie jest, nie pisze się w rejestr. 😉 Nie było literówek w adresie. 🙂