Voodoo. Niewinna zabawa ze sznurkami. Związanie w takate kote, jakieś zabezpieczenia (nie pamiętam szczegółów), lina do sufitu. I coś jeszcze – pieszczoty? Spanking? Łaskotanie?
Nie pamiętam.
Pamiętam, że po krótkiej chwili zrobiło mi się dziwnie. Było fajnie, zabawa mi się podobała, ale tak jakoś… nie do końca ok?
Nie pomyślałam o SW.
Pomyślałam o powiedzeniu, że chyba mdleję.
Ernyks nie czekał na safeword. Momentalnie przerwał scenę, przeciął linę, położył, rozwiązał, dał pić itd.
To było dawno temu, ale pamiętam to dziwne uczucie i że NIE użyłam safeworda.
Faktycznie omdlewałam.
Na szczęście dałam radę to zakomunikować, bo zdarza się, że ktoś mdleje zbyt szybko albo nie rozpozna w porę, co się z nim dzieje.
Mam za sobą kilka innych kejsów, że nie użyłam safeworda. Zazwyczaj bo uparłam się być dzielna. Jak tysiące uległych przede mną, tych, co bardzo chcą zadowalać ukochanego Pana, ale nie do końca rozpoznają, gdzie jest ich granica. Raz czy dwa zapomniałam, że safeword istnieje, bo spanikowałam.
Dialogi w stylu:
Ernyks: czy to już safeword?
Ja: nie wiem. Nie. Chyba. Nie, jednak tak, stop.
Innym razem:
Ernyks: to będzie x + x + x batów, razem 67 (czy jakaś podobna liczba)
Ja, przy dwunastym – dygot, rozsypka.
Koniec zabawy, aftercare.
Obecnie, jak pisałam we wcześniejszym wpisie, nie praktykujemy BDSM. Bo nie było dla mnie dobre ani zdrowe. Bo mi się uruchamiały różne traumy z przeszłości i zaciemniały obraz.
Decyzja Ernyksa, nie moja. Ja się długo upierałam, że nie, nieprawda, bardzo chcę.
A, jeszcze scenka z innej kategorii:
Podeszłam do stołu wykonać polecenie. Nie miałam okularów. Za to miałam długie, rozpuszczone włosy. W pewnej odległości od rzeczy, którą miałam podnieść, paliła się używana wcześniej świeczka.
W biały dzień.
Nie zauważyłam płomienia.
Zresztą ja jestem osobą, którą należałoby owinąć w folię bąbelkową i zamknąć w sejfie. Nie umiem zrobić żadnej rzeczy w kuchni bez uszkodzenia siebie co jakiś czas – ani herbaty, ani kanapki, ani tosta, ani obrania marchewki.
W tamtym przypadku chlastnęłam włosami po płomieniu świecy i trzeba było mnie ratować.
Wspominałam, że mam chujowy refleks?
U @_Jessenia_ wpis odpowiadający na „Jesteś sadystką, więc co za różnica czym, jak i komu wlejesz?!”. Dyskusja zeszła na to, że jak ona może nie używać safeworda, to nieodpowiedzialne względem młodych duszyczek w klimacie, blablabla, do psychiatry, blablabla, czerwona lampka, gwałt, herezja.
Drogie młode duszyczki w klimacie:
Jeżeli ktokolwiek kiedykolwiek będzie próbował Wam wmawiać, że jakiekolwiek, czyjekolwiek BDSM jest bezpieczne, na bank nic Wam się nie stanie i właśnie safeword jest bezwzględnym gwarantem tego bezpieczeństwa… wiejcie.
Bo ktoś Was wkręca.
Te zabawy NIGDY nie są bezpieczne. Zawsze – przy najlepszej woli obu stron i najwyższych staraniach – może się zdarzyć:
- głupi wypadek, jak ten ze świecą,
- gorszy dzień (np. nie polecam BDSM osobom w wypartej depresji, to trochę zaburza świadomość własnych potrzeb i granic),
- błąd w komunikacji,
- błąd w sztuce (nawet osobom superdoświadczonym!!!!)
- szereg innych sytuacji.
Safeword =/= bezpieczeństwo
Safeword jest istotny – w teorii zawsze bawiłam się z safewordem, w praktyce jak widać różnie bywało, i to zawsze była wina po mojej stronie, zawsze uległej – ale nie chroni przed nieszczęściem.
A im bardziej osoba jest niedoświadczona, tym większe prawdopodobieństwo, że coś się wydarzy. Zwłaszcza jeśli będzie przy okazji naiwna i nie będzie wiedziała, że zawsze, wszędzie, z każdym coś się może stać złego.
I niech rzuci kamieniem ten, kto nigdy nie popełnił ani jednego błędu – pomimo że praktykuje lub praktykował długo klimaty.
Dlatego ja wolałabym, żeby obie strony nie pokładały 100% swojego zaufania w safewordzie, bo to tylko jeden z wielu czynników wpływających na to, że BDSM jest nieco bezpieczniejsze.
Dużo ważniejsze są zasady CCCC: ostrożność (Caution), komunikacja (Communication), troska (Care) i oczywiście dobrowolna zgoda (Consent). A jak to interpretuje dana para… to już ich broszka. Jeśli nie ma w tej interpretacji miejsca na safeword, ale jego rolę pełnią inne czynniki – no to dla mnie wszystko spoko.
Za to jeśli jest safeword, ale tylko w teorii, bo któraś strona bata ma z nim problem (to ja), to może lepiej, żeby ludzie mówili o tym otwarcie i bez obawy przed automatycznym linczem?
Bo serio, są sadyści, co mają safewordy w dupie, bo „wiedzą lepiej” oraz tacy, którzy nie lubią safeworda dlatego, że usypia ich czujność. Ja czułabym się bezpieczniej z tym drugim typem.

0 komentarzy