Pewien pan, który w co drugiej wypowiedzi odbija moje argumenty jakimś wyzwiskiem krążącym wokół „ty była dziwko”, zwykle z pornograficznymi opisami pracy seksualnej, zainteresował się, do jakiej kategorii człowieka go w związku z tym zaliczam.
Napisał przy tym tak:
Są też ludzie, którzy wiedzą i rozumieją jak wygląda prostytucja sami nie propagują, nie korzystają a nawet aby przemówić pewnym ludziom do rozsądku nie skąpią cierpkich słów wyrażających ich dezaprobatę – co to za kategoria człowieka? 😀
To piękny fikołek myślowy. Obrzydliwe, pornograficzne poniżanie kogoś jest nagle czynem chwalebnym. Ma za zadanie przemówić do rozsądku! To niesienie kaganka oświaty! On wręcz ma na celu zbawienie mnie od grzechu!
Problem w tym, że to tak nie działa. Mechanizm jest znacznie ciekawszy. Oraz bardzo powszechny.
Disclaimery
Do kategorii ludzi „nie lubię prostytucji, nie propaguję, nie korzystam” należę od dawna. Mniej więcej od dostrzeżenia cech PTSD tam, gdzie miało być lubienie tej pracy. Mogłabym o tym pisać długo i szeroko – i piszę, w innym miejscu w sieci.
Nie ma potrzeby mnie oświecać ani zbawiać. Wszyscy o tym czytali, ale nikt nie pamięta. Czemu? Bo ich ego potrzebuje zapomnieć.
Wszyscy ludzie, którzy w fetlajfowych dyskusjach stosują wobec mnie argumentum ad personam, wcale nie robią tego w ramach „przestrzegam innych” ani „przemawiam ci do rozsądku”. Nie kierują nimi żadne szczytne intencje.
Tu ważne zastrzeżenie. Te osoby często NAPRAWDĘ potępiają prostytucję i nie mają z nią nic wspólnego oraz w różnych innych dyskusjach mówią o niej mądre rzeczy, ale to nie ma tu żadnego znaczenia. To zwyczajnie nie jest ten mechanizm.
To mechanizm błyskawicznego reperowania samooceny.
Mechanizm błyskawicznego reperowania samooceny w pigułce
**Jeśli ktoś po mnie jedzie, bo ze mną dyskutuje i zabrakło mu merytorycznych argumentów, to wpada w kategorię ludzi, którzy w relatywny sposób budują swoje poczucie bycia OK. **
OK = dobry, porządny, moralny, inteligentny, wartościowy, atrakcyjny, kompetentny, pomocny, wrażliwy, wierny, itd. Tu wpada wszystko, co składa się na samoocenę tego człowieka. Każda cnota i mocna strona.
Co ciekawe, tę strategię może stosować wobec mnie niemal każdy: klient prostytutki, była prostytutka, seksualny predator, gwałciciel lub jego adwokat/ka, złodziej/ka oraz dowolny z gruntu rzeczy porządny człowiek, który czasami przejdzie na czerwonym świetle, napisze coś niemądrego itd.
Nieistotne. Każdy ma swoje czułe punkty.
Liczy się wyłącznie to, że ta konkretna osoba na swoje szczęście nie jest znana w społeczności z tego, że sprzedawała seks (i w ramach mechanizmów obronnych wierzyła, że to lubi). Dlatego z automatu może się poczuć lepsza, dołączając do chórku „sprawiedliwych” aka „świętoszków”. Przy okazji czasami buduje sobie poczucie jedności z grupą.
Za każdym razem, kiedy „sprawiedliwy” czuje się gorzej (bo na przykład napiszę mu coś niemiłego albo miał zły dzień), szuka okazji, by błyskawicznie doładować swoją samoocenę. Jestem pod ręką? Voila! Osoba wypomina mi pracę seksualną i dzieje się magia! – czuje się lepiej.
Co prawda tylko na moment, bo niskiej samooceny nie da się w ten sposób podnieść na długo. Ale na chwilę to pomaga, człowiek czuje się lepiej i uczy się, że metoda działa. Dlatego to powtarza.
Robi to bez świadomości, że ujawnia, jak bardzo czuje się niepewnie z tym, co właśnie napisałam. Ignoruje też, że wszyscy mogą sprawdzić sobie, co konkretnie striggerowało tego człowieka, po prostu scrollując wątek.
Czy jest inny sposób?
Są ludzie, którzy mają stabilną samoocenę. Budują pewność siebie na podstawie świadomości własnych mocnych i słabych stron. Ci ludzie zazwyczaj nie poniżają innych. Nie potrzebują drogi na skróty, żeby poczuć się ze sobą lepiej, bo po prostu czują się ze sobą OK przez zdecydowaną większość czasu.
To ludzie, którzy przyjmują feedback, przyznają się do błędów, a jeśli się porównują – to ze sobą z przeszłości.
Zazwyczaj. Myślę, że każdy ma swoje gorsze dni.
Mechanizm budowania samooceny w sposób relacyjny – „jestem lepszy niż… = jestem OK” – jest mi dobrze znany z lektur uczelnianych. I choć uczyłam się o tym dawno, dawno temu, skutecznie uodparnia mnie na próby zawstydzania.
Shaming?
Wyzywasz mnie od bycia byłą dziwką? No ojej. To świadczy o tobie.
Robisz to jako kolejna osoba dzisiaj? Mam nadzieję, że doceniasz swoją oryginalność (sarkazm)
Mam dosyć wyzwisk?
Och. „Mam dosyć” to ciekawy stan. Nie biorę tego do siebie. To znaczy – czasami jest mi przykro. Na przykład jak robi to osoba uważana za znajomą, do tej pory życzliwa. Czyli – z gruntu fałszywa osoba, duże rozczarowanie, cóż.
Dominujące uczucie to frustracja spowodowana uczuciem taplania się w szambie. Płytkim, żenująco nudnym szambie generowanym przez bardzo prostych ludzi.
No więc jaka to kategoria człowieka?
Praktycznie każdy, kto wypomina mi pracę seksualną w ten sposób, ląduje u mnie w kategorii
„zakompleksiony, intelektualnie leniwy hipokryta, który wykorzystuje po raz n-ty ten jeden fakt o mnie, by błyskawicznie podbudować swoje ego”.
- Zakompleksiony – bo musi reperować samoocenę, często z błahego powodu (brak argumentu merytorycznego).
- Intelektualnie leniwy – bo nawet się nie próbuje wysilić. Czego nie napiszę, jakkolwiek mu nie podpadnę, czerpie z „ty była dziwko”. Ziewam.
- Hipokryta – bo o serio wierzy w swoje fikołki, np. o niesieniu kaganka oświaty czy przestrzeganiu innych.
- Błyskawicznie – bo aby poczuć się lepiej, po prostu poniża mnie. Ze sobą nic nie musi robić. Zero refleksji, rozwoju, nic. Come on, to zajmuje czas! (i energię). To jak zupka błyskawiczna vs porządny obiad.
Wyjątki to ludzie, którzy wykorzystują podobną narrację, by podreperować swój własny wizerunek jako osoby moralnej.
Przykładem niech będzie pani, która długo i rzewnie broniła publicznie człowieka skazanego za gwałt. Ludziom się to nie spodobało, była duża chryja, więc nagle pani wyrosła na ucieleśnienie moralności, co to potępia dziwki, zdrady i coś tam jeszcze, i miota laserem świętoszkowatości. Potem jeszcze była martyrologia – „przez głoszenie swojej prawdy straciłam znajomych”.
Niektórzy są w obu kategoriach.
I ja wiem, że często jestem nieprzyjemna w dyskusjach oraz mam wiele innych wad. Wiem też, że czasami bywam hipokrytką. Jak każdy człowiek. Że czasami ze zbytnią niecierpliwością i ostentacją udowadniam, że ktoś jest według mnie w błędzie. Że bywa, że też mam gorszy dzień i też intencjonalnie zmieszam kogoś z błotem.
Ale – pomijając merytoryczne argumenty lub ignorowanie – są miliony innych, choćby minimalnie bardziej dojrzałych lub kreatywnych sposobów, by okazać mi, że przegięłam albo sprytnie się odciąć.
Doceniam cięte riposty. Zdarza mi się przeprosić (zbyt rzadko, wiem).
Warianty „nie masz racji, bo byłaś dziwką”, szczególnie te pornograficzne lub skrajnie seksistowskie, to wystawienie laurki sobie samemu.
Podobnie jak każda inna obelga mająca dowieść bycia lepszym człowiekiem niż iksiński.
Dziś mam dzień pt. „co za szambo, mam dość”. A to jest jeden z etapów zmywania szamba.

0 komentarzy