Za namową kolegi, czytam – po raz drugi w życiu – „Fastlane Milionera”, czyli książkę, która powinna być lekturą obowiązkową w gimnazjum, bo rozwiewa wiele mitów związanych z pracą, karierą, finansami i sposobem, w jaki urządzony jest świat.
Nigdy lekturą obowiązkową nie będzie, bo zdemoralizowałaby młodzież całkowicie.
Tak jak zdemoralizowała mnie.
Kiedy przeczytałam ją kilka lat temu, byłam w koszmarnym dołku finansowym, ale WIEDZIAŁAM, że to przejściowe. Wiedziałam, że się urządzę i że jeszcze wszystko będzie dobrze, czyli że będę piękna, młoda i bogata.
I wiedziałam, że nie będzie to dlatego, że ktoś mnie zatrudni na etacie. Bo zatrudnienie na etacie to – zdaniem autora, które w pełni podzielam – najgorsza rzecz na świecie. Autor, multimilioner, twardo mówi na to „prostytucja” i pyta, czy ludzie chcieliby oddać pięć chlebów dzisiaj w zamian za dwa jutro, a skoro w przypadku bochenków widzą, że to gówniany interes, to czemu robią to z własnym życiem, oddając pięć dni wolności w zamian za dwa?
Niestety droga do niezależności finansowej jest kręta i wyboista i jednym z moich pierwszych kroków było zatrudnienie się na umowę-zlecenie w wymiarze 5×8 godzin tygodniowo. Koszmar. Po wielu miesiącach życia w biedzie, ale i w wolności, nagle stałam się troszeczkę bogatsza i nieskończenie bardziej nieszczęśliwa.
Nie dlatego, że w firmie było źle. Nie. Co to to nie. Firma była spoko. Wiele lat temu chciałam w niej pracować! Ale potem moja mentalność przeszła rewolucję i odkryłam, że są inne sposoby na życie niż „5×8 + nadgodziny” przeplatane urlopem (dobrze) albo bezrobociem (źle). I nagle, z moim nowym podejściem, miałam dzień w dzień wstawać o świcie, jechać na drugi koniec miasta, zapieprzać dla obcego mi człowieka i wracać do domu wieczorem, kiedy już nic mi się nie chciało i nie miałam siły na nic bardziej konstruktywnego niż serial/książka i spać.
Nikt z mojego ówczesnego otoczenia mnie nie rozumiał. Komu się nie poskarżyłam, słyszałam „takie jest życie” i „przyzwyczaj się”. (Parę lat później ci ludzie zagłosowali na Razem).
Przemęczyłam się do końca projektu, a potem już nie wróciłam na etat.
Nie chcę mówić NIGDY WIĘCEJ, bo może kiedyś znowu będę zmuszona pogodzić się z tą ostatecznością, ale… jak można tego pragnąć, to ja nie rozumiem.
W efekcie jestem zdemoralizowaną nierządnicą, która oszczędza pieniądze po to, żeby w przyszłości robić to co lubi i kiedy będzie mieć na to ochotę.
I mam dużo szacunku do ludzi, którzy umieją prowadzić dochodowy biznes oraz sporo rezerwy do tych, którzy chcieliby kołaczy za to, że łaskawie przyszli scrollować społecznościówki w pracy.

Wszyscy sprzedajemy swój czas. Często robiąc rzeczy których nie lubimy za kwoty których nie lubimy tylko trochę mniej. Ja czasem marzę o życiu włóczęgi. Z potrzebami ograniczonymi jedynie do jedzenia, byle jakiego schronienia i higieny. Świat jest zbyt piękny a życie zbyt krótkie by tracić je na coś czego się nie lubi.
> Ja czasem marzę o życiu włóczęgi.
O, ja czasami też. Bardzo kusząca perspektywa w moim przypadku. Albo coś z survivalu.
A realizujesz swoje marzenia w jakimś zakresie? 🙂 Widzę, że teraz włóczęgą nie jesteś (chyba że cyfrowym nomadą), bo masz dostęp do Internetu i dobrej klawiatury… ale może czasem?
Zbyt rzadko w stosunku do wymarzonego zakresu. Swoje małe marzenia spełniam zawsze:)