Miałam kiedyś przyjaciółkę, która zaczęła uprawiać seks trochę zanim ukończyła 15 lat, a potem też miała sporo przygód.
Kiedy ją poznałam, miała większość przygód za sobą i nie wyglądała na „młodą gniewną”.
Potem poznała swojego przyszłego męża, ma z nim córeczkę, jest wzorową Matką Polką.
Absolutnie nie chce, żeby jej córka przeżywała takie przygody jak ona. Chce ją wychować inaczej.
– Ale przecież ty tak robiłaś. Czemu tego nie popierasz, to hipokryzja.
Nie odpowiedziała.
Jeśli chodzi o seks, w wieku trzydziestu kilku lat przeżyłam absolutnie wszystko, co miałam w swoim zestawieniu „przed śmiercią chcę”. Zrealizowałam wszystkie własne fantazje, które nadawały się do realizacji – oraz mnóstwo cudzych.
(- A to robiłaś?
– Przereklamowane).
Jeśli miałabym z tego wyciągnąć jakąś lekcję dla siebie, to brzmi ona tak: moja przyjemność z seksu to funkcja przyjemności fizycznej, intelektualnej i emocjonalnej.
Seks z randomami NIGDY nie miał komponentu emocjonalnego, a często było źle także z przyjemnością intelektualną. Z przyjemnością fizyczną było rozmaicie. A, wspominałam dziś o poczuciu bezpieczeństwa?
Seks z przyjaciółmi wypadał lepiej, ale często było dziwnie potem.
– Jak ty jako mężczyzna czujesz się, uprawiając seks w stałym związku? Czym to się różni od seksu dla zaspokojenia potrzeb fizjologicznych?
– (…) W stałym związku czuję się jak w domu.
Otóż to. Dla mnie to była bardzo długa podróż.

0 komentarzy