Zajrzałam do pliku „pomysły na wpisy”, który utworzyłam sobie ponad rok temu, kiedy jarało mnie bycie w agencji i chciałam napisać o wszystkim, wszystkim co mi się przydarzało. Pragnęłam udokumentować każdy wycinek swoich doświadczeń, ale oczywiście nie starczyło mi pary i szereg zagadnień jedynie wymieniłam po przecinku, a potem nigdy ich nie poruszyłam. W wielu przypadkach nie mam pojęcia, o czym chciałam napisać. Co na przykład kryje się pod hasłem „brakująca grupa klientów”? A „spotkanie z Hiszpanem i rozmowa przy kawie”? Najwidoczniej było to jakieś wyróżniające się spotkanie, którego już sobie nie odtworzę… Nie robiłam, niestety, notatek ze spotkań i w większości zatarły się w mojej pamięci. Pamiętam jakieś kilkanaście, może dwadzieścia, a było ich grubo ponad sto.
Teraz na przykład nie pamiętam już dokładnie, jak wyglądała typowa rozmowa przez telefon z potencjalnym klientem. Pamiętam, że był to schemat, że kilkanaście razy dziennie (jeśli telefon dzwonił) recytowałam listę usług, starając się tylko nie brzmieć jak automat. Kiedy poszłam do drugiej agencji, z ambicjami, pierwsze, czego się oduczyłam, to właśnie schematu. Posłuchałam kilku rozmów szefowej oraz koleżanki i, trochę poddenerwowana własnym zmanierowaniem, „włączyłam” indywidualne podejście.
Obecnie czasami dostaję pytania „co oferujesz w godzince” (ja: „ee…”) czy wariację „ile razy można się z tobą kochać?”, ale większość panów już tak ze mną nie rozmawia. Tekst ogłoszenia robi swoje.
To, co się nie zmieniło, to zainteresowanie panów moim życiem. Będąc w agencji, błyskawicznie zorientowałam się, że panom zależy na tym, by spotykać się z dziewczyną, która poza burdelem ma swój świat. Sama gładko opowiadałam o tym, co lubię robić, jak sobie dorabiam, jakie mam plany na przyszłość, ale zastanawiało mnie zawsze, co odpowiadają dziewczyny, które mieszkały w agencji i od kilkunastu lat były dostępne przez 23 godziny dziennie oraz te, które wpadły w marazm. Pewnie kłamały, idiotkami nie były… ok, większość nie była.
Wyobrażam sobie, że z perspektywy mężczyzny dużo bardziej atrakcyjna jest kobieta z własnym życiem niż taka burdelowa laska bez żadnej przyszłości. Oprócz tego oczywiście była to okazja do nawiązania rozmowy i uczynienia sytuacji bardziej ludzką. Sama często używam tego pytania, żeby zagaić rozmowę.
No, przypomniałam sobie Hiszpana. Miał wykształcenie medyczne i zaprosił mnie do siebie do pracy. To był chyba jakiś znajomy szefowej, bo pamiętam, że nie umawiałam się z nim bezpośrednio: będąc na wyjeździe dowiedziałam się, że teraz mam jeszcze jedno spotkanie. Siedzieliśmy u niego w gabinecie i przez całą godzinę tylko rozmawialiśmy. Nic więcej. Płynnie mówił po polsku i chyba brakowało mu towarzystwa, bo pamiętam, że coś wspominał o regularnych spotkaniach, ale – jak zwykle – nigdy więcej go nie spotkałam.
To była moja jedyna godzina bez jakiejkolwiek formy kontaktu fizycznego wykraczającej poza powszechnie przyjęte normy.

Zależy nam na tym by dziewczyna miała swój świat, by miała aspiracje. Wydaje mi się że to jest element wymazywania podświadomego poczucia winy. Bo przecież jak dziewczyna ma plany i aspiracje to my jej pomagamy a nie tylko wykorzystujemy fakt że ona robi co robi bez widoków na przyszłość co potem może się kończyć kacem moralnym
Dlaczego zakładasz poczucie winy?
Można go nie mieć, można (mam nadzieję!) pomagać tak po prostu i kupować usługę tak po prostu, wybierając tylko właściwą osobę przed spotkaniem.
Przecież jeśli na przykład byłabym wege i eko, to mogłabym robić zakupy motywowana poczuciem winy lub po prostu świadomością konsumencką i wartościami, którymi się kieruję.
Zakładam przez uwarunkowania socjokulturowe w jakich żyjemy. Bo przekaz jest jasny. „Dziwki” to zło. Korzystający z nich także są źli. Ale jak jesteś zły i wiesz że z tą konkretną dziewczyną robisz za Mefistofelesa co „Jest siły tej cząstką drobną, co złego chcąc czyni dobro” to czujesz się mniej zły.
Wiesz że w Tajlandii prostytutki przez takie podejście potrafią zarabiać krocie bo jacyś naiwni Amerykanie oferują im utrzymanie przez lata aż wyjdą „na prostą” Po kilku dniach znów są na ulicy i znów jakiś wybawca oferuje im pieniądze za nic
Nie ma jak odpowiednie podejście biznesowe 🙂
A uwarunkowaniom socjokulturowym należy się świadomie przeciwstawiać. To znaczy piszę ze swojej perspektywy, ja nie chcę, żeby przychodzili do mnie klienci z kompleksem zbawcy, to nie jest sexy. Chcę, żeby przychodzili – w miarę możliwości – na dobry seks, tak jak chodzą na dobry koncert czy dobrego steka.
Tobie stanowczo bliżej jest do dobrego koncertu niż steka
To chyba komplement, więc dziękuję 😀
To zależy po co się idzie na dziwki. Jak idzie się wyłączyć myślenie i zaliczyć seks, to ma być jedynie zaangażowanie, seksowność, chęć i standardowa seksowna oprawa. Tyle. A jak się idzie porozmawiać i poznać kobietę, to wtedy może być i bez seksu, także nie ma, że to bardziej atrakcyjne, a tamto mniej. Wszystko zależy, jak to pisałaś na początku.