Weekend. Cieplutko, słonecznie. Nie to co tydzień temu („A ty wyszłabyś dzisiaj z domu?”, zapytał mnie kolega, kiedy skarżyłam mu się na totalny brak zainteresowania). Telefon się urywa. Spotkanie za spotkaniem: godzinka pracy, godzinka przerwy, godzinka pracy, pół godziny przerwy, pół godziny pracy. W międzyczasie przyszykować obiad i zjeść, pamiętając o wywietrzeniu kuchni i wypłukaniu ust miętowym płynem (nie wolno myć zębów przed stosunkiem i zaraz po, bo szczoteczka powoduje mikrourazy, a mikrourazy są, jak wiadomo, niebezpieczne dla zdrowia).
Około 20 padam do łóżka z książką, ale litery rozmywają mi się przed oczami, więc przychodzi mi do głowy, że może trochę się zdrzemnę z telefonami przy twarzy, a później się zobaczy. W planach miałam naukę do kursu, ale trudno się mówi. Nie dam rady.
Budzę się o ósmej trzydzieści nowego czasu – w ubraniu, z makijażem, w domu pełna iluminacja.
No cóż.
Ludziom się wydaje, że taka praca to żadna praca, ale dotrzymywanie towarzystwa trzem skrajnie różnym mężczyznom po kolei potrafi wykończyć. Ledwo wyszłam z klimatu lekkiej dominacji, a tu już pora być romantyczną kochanką dla miłego pana w bardziej niż średnim wieku. Świeczki się jeszcze palą, w tle nadal słychać dźwięki piosenki o miłości, ale ja już mam spotkanie z wysportowanym panem, który lubi szybkie, ostre numerki.
Całkowita zmiana atmosfery raz po raz.
Niby żadne spotkanie samo w sobie nie było męczące, ale wszystkie razem sprawiły, że zanim się spostrzegłam, odpłynęłam w sen.
*
PS. O wpół do pierwszej dostałam SMS z zaproszeniem na gangbang, a o trzeciej trzydzieści nowego czasu dzwonili ludzie, z którymi byłam wstępnie umówiona na wieczór. Ludziom się naprawdę wydaje, że jestem dostępna 24/7.

Kto normalny dzwoni o 3.30? Pewnie poleźli na jakąś imprezę i sobie przypomnieli. Swoją drogą to jest lekkość Twej pracy zależy od perspektywy. Z perspektywy pani robiącej na akord to jest ona ultra lekka. Ale nie jest łatwa.
O rety, przyjmować klientów na akord? Za nic, nigdy! Nie rozumiem, jak inni to potrafią.
Na akord to raczej zawija się cukierki. Ciężka, monotonna praca.
Brr.
Pracowałam raz na akord. Myślałam przy okazji o niebieskich migdałach, więc mnie zwolnili.
I dobrze, dzięki temu dalej myślisz i piszesz bloga zamiast być mówiącą maszyną w oczach pracodawcy
Prawda, praca na akord była wyjątkowo odmóżdżająca. Podziwiam ludzi, którzy są w stanie ją wykonywać.