Od wiosny zeszłego roku intensywnie pracuję nad zwiększeniem własnej asertywności. Zasadniczo robię wrażenie bardzo asertywnej osoby, ale w różnych sytuacjach uruchamia się we mnie albo uległość życiowa, albo agresor (o ksywce Wilk Bardzo Zły), który skutecznie broni mnie przed krzywdą, ale czasami przypadkiem rozszarpuje przy tym tętniczki.
W kontekście BDSM ciekawsza jest postawa uległa.
Definiuje się ją jako utrwalone przekonanie o świecie, że inni są OK, a ja nie i w konsekwencji – bierność, rezygnowanie z wyrażania swojego zdania, swoich potrzeb, z obrony swoich praw.
Wymarzona uległa do zabaw i stałej relacji?
Nie za bardzo.
Kiedy wiosną zaczęłam kurs asertywności i intensywnie analizowałam, dlaczego w pewnych kontekstach (zwłaszcza z bliskimi) nie jestem asertywna, napisałam sobie taki wniosek:
nie jestem asertywna, bo uważam, że moje potrzeby nie są ważne – liczy się to, żeby mnie lubili, żeby się uśmiechać, nie być kłopotem, nie rzucać się w oczy i nie budzić ewentualnych negatywnych emocji
Wynika to bezpośrednio z dzieciństwa pod hasłem „zrób to, bo inaczej X będzie przykro” oraz z narcyzmu matki, która przy okazji każdego konfliktu potrzeb po prostu zabierała swoją miłość precz.
I niestety im bliższa relacja, tym bardziej to przekonanie się aktywizuje. Nawet do poziomu bezwolnej marionetki, jeśli mówimy o relacji z wymianą władzy. Bo odruchowo tak bardzo pragnę zasłużyć na miłość, że aż zapominam być sobą.
Krótkoterminowo taka postawa się sprawdza, ale to tykająca bomba dla poważnego związku. Po obu stronach narasta frustracja, a potem jest BUM.
Dlatego wybieram się na terapię, a kurs został znowu odświeżony i kopię głębiej, także w swoim kinksterstwie. Bo może nie jestem uległą tylko mam uległą postawę w intymnych relacjach?
O ile istnieje takie rozróżnienie…?

0 komentarzy