Mój dawny lifestyle obfitował w silne emocje. Ciągle nowi ludzie, luksusowe wnętrza, wykwintne potrawy, dosyć drogie alkohole i zapas perfum oraz rajstop na wiele lat. Oraz oczywiście seks na sterydach: drogie zabawki, fikuśna bielizna, eksperymenty.
Jeden z czytelników napisał mi kiedyś z aroganckim przekonaniem, że na pewno będzie mi tego brakowało.
Oczywiście pominął kluczową emocję – adrenalinę spowodowaną byciem w nieustannym zagrożeniu, że nowy fajny człowiek okaże się nowym „fajnym” gwałcicielem, porywaczem albo szantażystą. Ale mniejsza. Załóżmy, że tej ostatniej emocji nie było.
Mój obecny lifestyle nie ma w sobie nic spektakularnego. Codzienność jest przewidywalna i bezpieczna: pięć dni pracy w wybranych godzinach, potem zakupy na cały tydzień i dwa dni weekendu. Rozrywki – w granicach budżetu, czyli często w cenie czterech biletów jednorazowych, przekąski i butelki wody.
W związku oboje LUBIMY dobrze zjeść, zobaczyć super krajobrazy, spędzić czas w luksusach. Ale NIE POTRZEBUJEMY tego na co dzień, żadne z nas. To nie jest warunek szczęścia, relaksu czy dobrej zabawy z drugą osobą. Śmieszne scenki z codziennego życia są znacznie bardziej więziotwórcze i lepiej ładują akumulatorki niż wydanie tysiąca złotych w kilka godzin.
Nie jestem z tych, co potrzebują na co dzień dużo stymulacji, żeby czuć, że żyją. Jednocześnie nie przeżywam głębokich dołów, egzystencjalnych problemów ani bezsensu istnienia, które mogłyby na chwilę zniknąć pod wpływem orgii w Markach, zagranicznej wycieczki albo zakupu nowego gadżetu. Dlatego nie brakuje mi tych niekończących się przygód. Zwyczajnie nie mam w życiu pustki, którą miałyby równoważyć.

0 komentarzy