#pracaseksualnaułożyłamiżycie nadal aktualne

wrz 23, 2021 | Praca seksualna od środka | 0 komentarzy

W skali mojego życia praca seksualna była… hm. Oddechem od dram i traum i opcją na ogarnięcie świata.

NIE dałabym sobie rady z codziennymi wyzwaniami ostatnich miesięcy (wszystko wokół się wali), gdyby nie pięć lat relatywnego spokoju, gotówka i „wyzwolony seks” w pracy i – w konsekwencji – prywatnie, który wprowadził do mojego życia zdecydowaną większość moich bliskich. Klienci, Fetlife, Voodoo, kinky chat na Discordzie, naked spa… to tam znalazłam WIĘKSZOŚĆ ludzi, z którymi aktualnie mam najlepsze relacje i którzy od lat są moją rewelacyjną siecią wsparcia.

***

Dysocjacja, o której pisałam kilka dni temu, to mechanizm, który włączył mi się bardzo dawno temu i występował w wielu różnych formach. Pierwszą traumę, od której się całkowicie odcięłam emocjonalnie, zaliczyłam w 1988 roku. Byłam kurewsko dzielną trzylatką, która mówiła o tym „dobrze” i na bank wzruszała ramionami.

Potem było dużo piekła. W okresie dorastania przez wiele lat żyłam w absolutnym terrorze i tzw dobry dom (miałam wszystko poza elementarnym poczuciem bezpieczeństwa) stanowił tylko jedną z kilku zagrażających przestrzeni.

Jeśli chodzi o pozostałe miejsca, jako nastolatka zastanawiałam się często, jak wygląda zabicie kogoś w samoobronie i jak się z tym potem żyje. Patrząc z dzisiejszej perspektywy, spędziłam jedną trzecią swojego życia w lęku, że będę kolejną ofiarą śmiertelną.

Żyłam wtedy w świecie fantazji, bo tylko tam miałam wsparcie. Jedno z wcieleń dysocjacji.

Kiedy chodziłam do liceum, znający moje życie dorośli mówili o mnie „zdumiewająco normalna”.

Nie cięłam się. Nigdy.

Nie piłam. W ogóle.

Nie ćpałam. Ani jednego razu.

Nie paliłam. Zero prób.

Najczęściej nie było widać po mnie ani fobii społecznej, ani stanów lękowych, ani depresji.

Osoby, które mnie nie znały, mówiły wtedy „wiecznie uśmiechnięta” (nadal przybieram ten uśmiech, kiedy dysocjuję się od prawdziwych emocji) albo „leniwa” (bo nie uczyłam się tak dobrze, jak ponoć powinnam jako dziecko z tzw. dobrego domu).

Po jakimś czasie doszło określenie „odważna”. Robiłam dużo imponujących innym rzeczy. „E, najwyżej mnie zabiją”.

Moje ówczesne środowisko miało podobne doświadczenia, więc miałam słaby materiał do porównań. Tym bardziej, że byłam osobą wysokofunkcjonującą, a oni niekoniecznie.

Czy miałam jakiekolwiek szanse w starciu z mobbingiem w kolejnych miejscach pracy? Nie.

Czy zauważyłam doznawanie przemocy psychicznej ze strony sadystycznego pojeba, który miał za zadanie mi pomagać? Nie. Choć to akurat był bardzo sprytny pojeb. Kilkadziesiąt spraw karnych, a nigdy nie siedział.

Czy władowałam się w coś na kształt erotycznej sekty, bo w tamtym roku tylko tam miałam jakiekolwiek oparcie? Ależ tak.

Czy miałam całe mnóstwo toksycznych znajomych typu „dej”, którzy wyparowywali, kiedy ich potrzebowałam? Ależ tak.

***

Kolejne kilka lat to był najgorszy okres w moim życiu i stopniowa poprawa.

***

Na TAKIM tle praca seksualna była idealną okazją do dalszego odzyskiwania kontroli nad swoim życiem.

Do odzyskiwania kontroli nad zagrożeniami podczas spotkań dodajmy relatywny komfort pracy w porównaniu z innymi sytuacjami (do tej pory mam uraz do etatu, gdzie codziennie czułam się chora ze stresu). I pieniądze, dużo jakże potrzebnych pieniędzy. I możliwość kreowania warunków życia. Czysty empowerment. Wreszcie mam fajną pracę, gdzie nikt na mnie nie wrzeszczy, a jak coś mi się nie podoba, to mogę wyjść lub wrzucić numer na czarną listę. Wreszcie ogarniam swój świat. Wreszcie ten świat staje się lepszy.

Serio stawał się lepszy. Miałam nieporównanie lepsze warunki życia. Miałam terapię. Miałam NORMALNYCH bliskich, na których to JA mogłam liczyć w potrzebie. I znacznie, znacznie lepiej funkcjonowałam psychicznie. Dysocjacja ponownie zmalała do poziomu supermocy „nie boję się”. Depresja się wycofała. Stany lękowe przestały stopować moje działania.

Kiedyś dziennikarka była zdumiona, że błyskawicznie doszłam do siebie po gwałcie w pracy.

Ja: Nie mam PTSD. Wiem jak wygląda PTSD po gwałcie, bo je miałam.

Porównałam jednorazowy gwałt z praniem mózgu w sekcie, że mam się oto zgadzać na seks, bo się wszyscy kochamy i będzie fajnie, a jak nie przyjadę, to będzie jedna wielka katastrofa i moi jedyni bliscy mnie odrzucą.

Zróbmy facepalm i potraktujmy to jako moje życie w pigułce.

***

Przyjemnie nudne życie przypadkiem zsynchronizowało mi się z wybuchem pandemii. Codzienne wyzwania, z jakimi mierzą się dziesiątki normalsów. Pospolite obowiązki zawodowe. Stabilny monogamiczny związek z człowiekiem typu „na całe życie”. Rozmowy z przyjaciółmi. Zdjęcie porannej kawy na Instagramie. Domowe obiadki. Hodowanie kwiatków na balkonie. Kurczę, nawet zrobiłam kilkakrotnie barbecue w sobotę popołudniu. Z zewnątrz – normalność.

Na tle normalsów nadal trochę odstaję. Nie mam wielu „zwykłych” znajomych, nie prowadzę typowych rozmów i nie widuję się z rodziną pochodzenia (tam nadal są problemy). Mam trudności z tym, co dla większości jest rutyną. Dużo gorzej reaguję na codzienny stres i jednocześnie widocznie mniej boję się w sytuacjach, gdzie inni widzą zagrożenie. Moja produktywność jest daleka od ośmiu godzin dziennie, przez co jest mi trochę trudniej w biznesie niż innym, którzy potrafią zapierdalać. Wciąż mam nieadekwatną mimikę, kiedy się stresuję albo jestem zła. Jeszcze przez kilka lat moje wydatki będą ponadprzeciętnie wysokie. Ale trzeba się poprzyglądać, żeby to zobaczyć.

Od roku chodzę na niezwykle drogą terapię EMDR. To moje ósme podejście do terapii i pierwsze, gdzie efekt nie jest kosmetyczny. Terapia potrwa długo, bo mam wyjątkowo dużo do przerobienia. Ten post tylko liznął temat.

***

Ostatnio stało się coś ciekawego. Mogę spojrzeć na swoje życie z perspektywy zbliżonej do normalsa, który czyta czyjąś biografię. Kiedyś to było niewykonalne. Złych doświadczeń było za dużo, żebym umiała na nie spojrzeć z dystansem, dostrzec ich skalę i być potem w stanie podnieść się z łóżka.

Wniosek: gdyby moje życie było przeciętne, to nie potrzebowałabym czegoś tak trudnego i niebezpiecznego jak escorting, żeby je układał. Po prostu miałabym dostępne lepsze opcje.

Dla normalsa escorting to nie jest najlepszy wybór zawodowy z dostępnych, wręcz przeciwnie. Wystarczy poczytać internet i te wszystkie „nawet gdybym była w takiej sytuacji, to bym się nie zdecydowała!”. Musi się wydarzyć coś, co zmieni punkt odniesienia.

U mnie to było tak wiele wydarzeń, że NAPRAWDĘ wierzyłam, że jest mi dobrze. Zupełnie szczerze pisałam superinspirujące posty o zarąbistym lajfstajlu.

Ale nie było dobrze – było tylko najlepiej do tej pory. Teraz mam o tyle fajniejsze, spokojniejsze i bezpieczniejsze życie, że z obecnej perspektywy przeraża mnie tamten styl życia. Na myśl o tym, że miałabym uprawiać znowu seks z jakimś randomem, żeby mieć z tego kilkaset złotych, zaczynam mieć mdłości.

Dlatego nie jestem pewna, czy to, co miałam dwa lata temu – wolę umrzeć niż spotkać się z jeszcze jednym człowiekiem – można nazwać wypaleniem zawodowym. Może to był ten moment, kiedy zmieniła mi się perspektywa?

Jeśli uważasz post za wartościowy, możesz postawić mi kawę.

Zamów moją książkę

Zamów moją książkę

Your content goes here. Edit or remove this text inline or in the module Content settings. You can also style every aspect of this content in the module Design settings and even apply custom CSS to this text in the module Advanced settings.

Święta Ladacznica

Piszę o seksualności, relacjach i władzy – z perspektywy osoby, która zna opisywane światy i od środka, i teoretycznie. Przez kilka lat pracowałam jako escortka, równolegle prowadząc ten blog, który stał się jednym z ważniejszych głosów o pracy seksualnej w Polsce. Wydałam książkę „To tylko seks?!„, która jest odpowiedzią na 100 pytań zadanych mi przez czytelników bloga. Wróciłam po przerwie.

0 komentarzy

Wyślij komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *